poniedziałek, 24 października 2016

PANU BOGU ŚWIECZKĘ I DIABŁU OGAREK





Mówiąc szczerze zaczynam być coraz bardziej zmęczona dyskusją o aborcji. Tak, czuję się w tym temacie równie wypalona jak ktoś kto pracuje z ofiarą przemocy domowej, która po raz kolejny po pobiciu wycofuje zawiadomienie o przestępstwie. A wycofuje bo wprawdzie on ją sprał, ale to przecież ona go sprowokowała. I poza tym on wcale jej mocno nie bije. Zabierając głos w dyskusji o aborcji mam wrażenie, że kolejny raz przerabiam temat picia z żoną alkoholika, która po raz setny powtarza mi rozpromieniona „Ale on mi dzisiaj obiecał, ze przestanie pić. Ale on jest taki dobry....”

Według raportu Instytutu Statystyki Kościoła Katolickiego sprzed 4 lat wynika, że polski Kościół Katolicki opiera się przede wszystkim na kobietach. Jedyny więc wniosek jaki  z tego płynie drogie panie świadczy o tym, że  cierpicie w większości na syndrom sztokholmski, bo ta instytucja pluje wam coraz dobitniej w twarz, a wy nadal odczuwacie w stosunku do niej przywiązanie. 26 lat temu zakazali wam prawa do aborcji i nazwali to kompromisem, a wy bez większych sprzeciwów się na to zgodziłyście.Wygląda na to, że uznałyście, ze jest wam z tym fajnie. Teraz będą chcieli to prawo jeszcze zaostrzyć. Cóż, chyba nadal jest wam z tym dobrze.W przyszłości zakażą antykoncepcji? To będzie jeszcze lepiej! Stworzą system wspierający bezradność i zależność kobiety poprzez instytucje zapomóg, dodatków, które odbierają motywacje do pracy? – O! Będzie rewelacyjnie! Z roku na rok ograniczają coraz bardziej wasze prawa, odmawiają wam człowieczeństwa, domagają się od was coraz bardziej heroicznych ofiar, a wy całujecie i najprawdopodobniej nadal będziecie całować tę rękę, która wam za przeproszeniem grzebie w majtkach.

Czarny protest w 2016 roku poszedł wszędzie, ale pod  siedzibę Episkopatu już nie doszedł. Pokazałyście środkowy palec, ale chyba nie do końca tym, którym go trzeba było pokazać, bo poprzedniego dnia niedzielna msza nie świeciła wcale pustkami. Ja niestety wobec tego faktu muszę zgodzić się po raz pierwszy z hierarchami, że Kościół Katolicki to nie jest miejsce dla osoby, która popiera prawo do aborcji. I że to absolutnie nie jest miejsce dla osób, które pochwalają życie na kocią łapę. I  że  to nie jest  miejsce dla osób, które stosują antykoncepcję, ani dla osób LGBT. Więc co w nim jeszcze robicie ?!

Czytam szereg artykułów publikowanych w prasie i kompletnie nie rozumiem wypowiadających się tam  kobiet, które chcą o sobie decydować i szukając swojego miejsca w Kościele Katolickim popadają we frustrację, że go tam nie znajdują. Nie znajdują, bo kwintesencją doktryny kościoła katolickiego jest układ patriarchalny. 

Czytam dalej, że osoby LGBT popadają we frustrację, że nie ma dla nich miejsca w Kościele Katolickim. Otóż nie ma, bo kwintesencja doktryny katolicyzmu jest prawo naturalne. Więc na co do diabła  liczycie? ! Jeśli ja mam 160 cm wzrostu i zapragnę poszukać swojego miejsca w Ogólnopolskim Stowarzyszeniu Ludzi Wysokich – to zapewne spotka mnie frustracja .Frustracja na pewno spotka mnie również, kiedy po ukończeniu Filologii zapragnę zapewnienia mi miejsca w Naczelnej Organizacji Technicznej. Podobnie też mogę się też poważnie sfrustrować jeśli po otrzymaniu magisterium nie załapię się na specjalną dotacje dla osób z wykształceniem podstawowym. 
Niestety, to nie jest tak, że dam Panu Bogu świeczkę, a diabłu ogarek i skorzystam z jednej i drugiej opcji. Czasami po prostu trzeba wybierać.

Nie chce zaostrzenia ustawy, ale....Popieram prawa LGBT ale....Nie zgadzam się na dyskryminację kobiet, ale.....Nie chcę rodzic dzieci z gwałtu, ale.....Jestem lesbijką, ale....

Ale on jest taki dobry i wcale mnie tak mocno nie bije.......

sobota, 15 października 2016

PODATNIK TUCZY HYCLA


Możesz nie być miłośnikiem zwierząt ale być może zainteresuje cię w jaki sposób marnotrawione są publiczne pieniądze, którymi opłacane są firmy pozorujące opiekę nad bezdomnymi zwierzętami, będące własnością hycli.



TO TY ZA TO PŁACISZ!


Podmioty  niesłusznie nazywane schroniskami dla zwierząt (istnieją również społeczne schroniska w prawidłowy sposób wypełniające swoje zadania) - są w istocie fabrykami – obozami koncentracyjnymi do przetrzymywania bądź utylizacji zwierząt. Za  ich działalność płacą publicznymi pieniędzmi gminy, a kosztuje ona, bagatela,163 milionów złotych rocznie!
W zależności od rodzaju umowy zawartej z gminą w interesie hycla może być;


  • Jak najszybsze uśmiercenie zwierzęcia
  • Jak najdłuższe utrzymywanie zwierzęcia za jak najniższą, głodową stawkę
  • Wypuszczenie i ponowne odłowienie  zwierzęcia na terenie innej gminy i pobranie kilku wynagrodzeń za to samo zwierze.


Za ten proceder płaci polski podatnik, a rakarz zaciera rece. I tak oto w majestacie prawa wyrastają hycelskie fortuny Jeden z rekordzistów tylko na podstawie porozumień z dwiema gminami zarobił w ciągu roku ponad pół miliona złotych. Za jedno zwierze hycel pobiera bowiem 1,500 do 7000 zł. Innym przykładem na patologię symbiozy gmin z rakarzami są umowy ryczałtowe. Tu, według raportu Rady ds. Wspierania Działań na Rzecz Ochrony Zwierząt przy Prezesie NIK rekordzista zarobił w jednej tylko gminie 295 tysiecy złotych wyłapując 17 psów, a pamiętać należy iż rakarze podpisują umowy z wieloma gminami jednocześnie stając się swoistymi monopolistami na swoich terenach. Co dzieje sie ze zwierzętami dalej, tego według obecnego prawa gminy monitorować nie muszą. Ważne że płacąc hyclom kuriozalne sumy pozbywają się za nasze pieniądze problemu.
 
JAK TO ROZWIĄZAĆ...

Patologię tą może zmienić określenie minimalnych warunków bytowych dla bezdomnych zwierząt, obligatoryjny monitoring zwierząt przez gminy, obowiązkowe znakowanie i sterylizacja zwierząt w celu zapobiegania ich nadpopulacji, zakaz wykonywania opieki nad zwierzętami jako przedmiotu działalności gospodarczej. Wymaga to zmiany istniejącego prawa.

CO STOI NA PRZESZKODZIE...

Wadliwa ustawa o ochronie zwierząt pomimo dokonanej w roku 2011 nowelizacji nie spełnia dostatecznie swojego zadania, a gminy nie wypełniają właściwie nawet tych zadań, które ona na nie nakłada. Posłowie nie interesują sie losem zwierząt, do tego są lobbowani przez te grupy interesów, które czerpią zyski z takiego stanu rzeczy. Każdego roku wzrasta nadpopulacja bezdomnych zwierząt i zwiekszają sie kwoty pochodzące z kieszeni podatnika płacone przez gminy rakarzom. Od 2006 do 2014 roku (według danych Inspekcji Weterynaryjnej ) wzrosły one prawie czterokrotnie z 45 milionów do 163 milionów złotych rocznie
Jak bardzo ta patologiczna sytuacja odpowiada zarówno interesom hycli jak i parlamentarzystów niech świadczy fakt, że Polska jako jeden z trzech krajów Unii Europejskiej do tej pory nie podpisała Europejskiej Konwencji o Ochronie Zwierząt z 1987 roku, która to konwencja byłaby pierwszym krokiem do zmiany obowiązującego prawa i dostosowania go wymogów europejskich.

CO TY MOŻESZ ZROBIĆ....
  • Podpisz petycję do Rządu Polskiego o ratyfikowanie Europejskiej Konwencji o Ochronie Zwierząt na miejscu lub na platformie avaaz; https://secure.avaaz.org/pl/petition/Rada_Ministrow_Rzad_RP_Wzywamy_Rzad_RP_o_podpisanie_Europejskiej_konwencji_ochrony_zwierzat_1/?rc=fb&pv=8
  • Zainteresuj się z kim i na jakich warunkach podpisuje umowy o wyłapywanie bezdomnych zwierząt twoja gmina
  • Polub stronę NIEZRZESZENI DLA ZWIERZĄT na Facebooku, a otrzymasz wszystkie niezbędne informacje, a kiedy pojawi się obywatelski projekt Nowelizacji Ustawy o Ochronie Zwierząt – podpisz go i pomóż zbierać inne podpisy.
  • Dołącz na Facebooku do grupy POLSKA DLA ZWIERZĄT.
  • Gdy zorganizujemy pikietę na rzecz zmiany prawa dotyczącego zwierząt, bądź z nami pod Sejmem

Czy wiesz że.... 


Największe tzw „schronisko” (komercyjne) dla zwierząt w Europie znajduje się w Polsce w Wojtyszkach (woj łódzkie) i należy do Longina Siemińskiego. Przetrzymywanych jest tam ok 4000 psów. 

Drugie co do wielkości tzw„schronisko” w Europie to Radysy(woj.warmińsko-mazurskie). Przetrzymywanych jest tam ok 3500 psów.Należy do małżeństwa Dworakowskich. Zarabia ono około 18 milionów złotych rocznie. 

Największą umieralność psów odnotowano w tzw„schronisku” w Chrcynnie.(woj. mazowieckie, właściciel Krzysztof Łukaszewicz) Wynosiła ona w 2009 roku 48 %.


Renata Kurcil
.

poniedziałek, 5 września 2016

ZDARZYŁO SIE TO JUTRO

 

(czyli reporterskim okiem ze szmaragdowej wyspy pod wiedeńską operę)






Chcę poznać świat, którego jutro nie będzie. Wiem, ze muszę się spieszyć. Mam jakieś niejasne przeczucie, że wszędzie zdążam na ostatnią chwilę – tak jak w życiu.


Nie mam obsesji na punkcie  globalizacji świata. Każdy kij ma dwa końce. Nawet jeśli nie ma już świata z mojego dzieciństwa, to nie jest to dla mnie powód, żeby za nim tęsnić. Musiałabym tęsknić  pogrążając się w niekończącym odwiecznym pytaniu, które dzieli mój  naród „czy świat z przed 1990 był lepszy czy gorszy”. Nie umiem tak wartościować. Był inny. Czy za nim tęsknię? – Nie. Czy z 25 letniego dystansu dostrzegam jakieś  jego zalety? Dostrzegam.

Na Krym zdążyłam jeszcze pojechać przed wojną, na Bałkany też. Te obrazki, które zostały mi stamtąd w pamięci nijak nie przystają do obecnej rzeczywistości. Tylko z tego powodu chce zdążyć do Albanii. Tam czas się podobno zatrzymał. Czy naprawdę?

 Do Sarandy najłatwiej dostać się z Korfu. To dobrze. Kocham Grecję taką właśnie głupią miłością, która polega na tęsknocie do młodości. To młodość sprawiała, ze kiedyś czułam smaki i zapachy, które obecnie na próżno usiłuję odnaleźć. Dla mnie wyjazd do Grecji w znamiennych latach 1989-1990 spowodował, że dzielę swoje życie na przed i po Grecji. Z innej bowiem Polski wyjechałam w roku 1989 i do innej w 1990 wróciłam. Wtedy obiecywałam sobie że wrócę kiedyś do Grecji już jako turystka i z podniesioną głowa. Wróciłam.

Wróciłam po 25 latach na Krętę, ale Kreta tak naprawdę wcale nie jest grecka, jest do znudzenia turystyczna, brzmi dla mnie językiem polskim i rosyjskim i błyszczy takim wcale niehelleńskim blichtrem. Kojarzy mi się z niemiłosiernym słońcem, które  dla mnie maniaczki solarnej, nadwrażliwej na brak słonecznego światła, pokazało po raz pierwszy swoje okrutne oblicze.

Korfu jest inne. Nie bez powodu nazywane „szmaragdową wyspą” z powodu niezwykle przyjaznemu człowiekowi klimatowi przesyconemu świeżą bryzą, który czyni ten kawałek lądu najbardziej zieloną z greckich wysp . Przylatujemy samolotem do Kerkiry. Stamtąd autobusem do Benitses. Och tak, to jest Grecja, którą kocham. Małe nadmorskie miasteczko, które w żaden sposób nie można nazwać kurortem, skaliste niezatłoczone plaże, gorąca woda i nieziemskie wieczory oraz szukanie tego zapachu, który wtedy dla mnie, dziewczynki która pierwszy raz znalazła się w kraju „z za żelaznej kurtyny” stanowił kwintesencję Bałkanów, a teraz ku mojemu rozczarowaniu okazuje się nie istnieć.






Kerkira – najbardziej hiszpańskie z greckich miast robi wrażenie dużo większe niż kreteńska stolica Heraklion. Można tu chodzić w nieskończoność zwiedzając małe ciasne uliczki przepełnione wszelakim dobrem, zjeść wegetariańską pitę, zachłystywać się atmosferą i nie umierać z powodu słońca. Nie będę ukrywać, że na Korfu zachwycają też dużo tańsze niż na Krecie ceny publicznego transportu. Jednak ku mojemu zdziwieniu ceny piwa w nadmorskich marketach prawie równe są knajpianym. Wobec tego zdecydowanie wolimy knajpy. Tak to był bardzo knajpiany wyjazd, bardziej nawet „knajpiany” niż zeszłoroczna włóczęga po Transylwanii, która dla odmiany była knajpiano-samochodowa.




 Na Korfu zostajemy 3 dni, zwiedzamy jeszcze Achilion – letni pałac Sissi i znowu Kerkira Tym razem portowa. Podróż promem do Sarandy trwa niecałe dwie godziny i oto jesteśmy. Na horyzoncie pojawia sie coś wysokiego i obwieszonego od góry do dołu szmatami . Oto wita nas prześcieradłami rozwieszonymi na balkonach rozsypujących się budynków Albania – Kuba Europy.


Pomimo pierwszego wrażenia Saranda okazuje się być przyjazna i do bólu europejska. Rozmach infrastruktury turystycznej zadziwia. Ku naszemu zdziwieniu wygląda to tak, jakby przewidzieli sytuację jaka rozegrała się na naszym kontynencie. Albańczycy szykują się na europejskiego turystę naprawdę z wielkim rozmachem. Ogromne hotele zapewniają całkiem niezłe warunki, ale świecą pustkami. My - dwie „dziewczynki” z małymi plecaczkami nie możemy się przestawić na fakt, ze za to parę euro które płacimy za pokój chcą nam jako jedynym gościom, którzy pojawili się w nowym hotelu, nosić bagaże. Szczególnie, ze te ostatnie ze względu na charakter naszej podróży ważą naprawdę niewiele. Mamy już wprawę i umiemy spakować się na 3 tygodniową wyprawę w mały plecaczek, który w samolocie  spełnia warunki bagażu podręcznego. Na koniec zawsze bluźnimy, że za dużo znów zabrałyśmy, że można było jeszcze mniej. W tym roku z uwagi na końcówkę podróży, która ma mieć miejsce w klimacie bardziej umiarkowanym miałyśmy kompletnie niepotrzebne kurtki przeciwdeszczowe. Pogoda bowiem dopisała i ani Słowacja ani Austria nie odbiegały temperaturą zbytnio od śródziemnomorskiego standardu.





Współczesna Albania wbrew obiegowym opiniom, to nie jest żaden skansen komunistycznych czasów. Jeśli ktoś tak uważa to jest w błędzie albo pamięta Albanię sprzed kilku lat, a kraj ten rozwija się niezwykle dynamicznie i obecnie jest to jeden wielki plac budowy. Jedyne, co wydaje się nam w tym kraju niesłusznie cieszącego się opinią niebezpiecznego naprawdę groźne – to wszechobecne dziury wystające druty, wyrwy i zwisające tuż przed nosem kable, nie wiadomo od czego, na które trzeba ciągle uważać.




Następnego dnia zwiedzamy Butrint- albański tygiel kilku epok i cywilizacji. Ilością zachowanej architektury nie ustępuje zachodnim „ruinom. Brakuje mu tylko marketingu. Po drodze wpadamy do osławionego Ksamilu, który wydaje nam się obrzydliwie „polski” – stłoczeni ludzie na kawałku piaszczystej plaży leżą ciało koło ciała. Hałas, wrzask dzieci, ryki młodzieży. Brakowało tylko „grodzenia” parawanowego. Uciekłyśmy stamtąd po 15 minutach żeby zwiedzić Sarandę. Na drugi dzień jedziemy przez góry do Gijokastry.  Tu schodziłyśmy się tak, ze nogi nam prawie odpadają. Ceny wstępów są tak niesamowicie niskie, ze zwiedzamy dosłownie wszystko i wchodzimy wszędzie. Tutejsza dość wysoko usytuowana twierdza okazuje się być też muzeum. Zwiedzamy stare komunistyczne więzienie z czasów Hodży i tu rzeczywiście wieje jeszcze grozą. Większe wrażenie zrobiło na mnie tylko Auschwitz. No, ale w Auschwitz mieszkałam przez dwa tygodnie na obozie dziennikarskim i spałam pod szubienicą Hessa. To rzeczywiście trudno przebić.




 Z Gijokastry wracamy prywatnym busem, który po 10 minutach sie psuje. Trochę nie uśmiechało nam sie łapać „stopa” w górach, więc czekamy z niepokojem, co z tego wyniknie. Wszyscy pasażerowie płci męskiej wychodzą z busa i współpracują z kierowcą. Parę walnięć w maskę i bus rusza. I w tym momencie mam przez chwilę wrażenie, ze przeniosłam się do innego świata. Jednak pasażerowie, sympatyczne młodziaki (albańskie „ciacha”) wypytują nas szkolnym angielskim, skąd jesteśmy. Na słowo „Polonia” wykrzykują ku naszemu zdziwieniu „Lewandowski! Błaszczykowski!” Aha, więc już nie „vodka, papa ani nawet Walesa”. Cóż, nie wiem, czy to świat się zmienił, czy to znów jednak my się zmieniłyśmy.

 Szaleńcza jazda kierowcy po górskich serpentynach nieco nas zadziwiwia. Młodziaki wybuchają śmiechem i rozmawiają z kierowcą. Pada jakieś zdanie, z którego wnioskujemy, że powiedział. „Niech te Polki zobaczą jak Albanezi jeżdżą.”  Faktycznie, zobaczyłyśmy.

Z Sarandy jedziemy tutejszym busem do Vlore. To znów  fantastyczny przejazd riwierą tuż nad samym morzem wzdłuż którego ciągnie się pasmo Bałkanów. Ku naszemu zdziwieniu zaczynamy wjeżdżać znowu w góry i jak się okazuje wjeżdżamy na wysokość 2 tysięcy metrów nad poziomem morza. Tę przejażdżkę polecam ludziom o mocnych nerwach, bo jakoś za mocno nie wierze w albańskie busy, zwłaszcza, ze  zdążyłam już poznać brawurę ich kierowców. Tym razem na wysokości 2018 m n.p.m. nie może być brawury. Zwłaszcza, że pod nami jest przepaść. Ale udało się. Żyjemy.




Vlore – to najbardziej rozkopane miasto świata. Po raz pierwszy widzę tu w Albanii tabuny bezpańskich psów. Widzę nieludzkie ich traktowanie. Obojętność a nawet niechęć. Jeśli pewnego dnia zapragniecie przenieść się do innego świata. Świata, którego już nie ma. To pamiętajcie, ze to był także taki świat. I jeśli jeszcze choć raz uronicie za nim łżę – to jak byście mi plunęli w twarz. Na polskiej wsi bowiem znajdziecie bowiem jeszcze wiele takich obliczy tego świata. Jednym z nich są umierające psy, tu  brak jakichkolwiek organizacji nim niosących pomoc i ratujących je od okrutnej  śmierci. Żegnaj piesku. Zrobiłyśmy dla ciebie, co mogłyśmy. Może dzięki temu przeżyjesz jeszcze kilka następnych dni. Może przyjedzie po ciebie ktoś z tych u których próbowałyśmy wyżebrać pomoc dla ciebie. A może po prostu przyjdzie miłosierna śmierć i łatwiej ci będzie odejść ze świadomością, że był ktoś, kto przychodził przez kilka dni żywić cię, kto kupował specjalnie dla ciebie kiełbasę, komu chociaż odrobinę na tobie zależało.




Berat – miasto tysiąca okien. Jednak aby zaliczyć kolejną twierdzę wjeżdżamy już na górę taksówką. Codzienne wielokilometrowe trasy pokonywane na nogach, które przyzwyczajone na codzień do samochodu mocno od tego odwykły. Tym razem oprócz codziennej, muzułmańskiej, mamy trochę architektury cerkiewnej. Jednak Islam w tym kraju ma kompletnie europejskie oblicze. Dziewczyny chodzą rozebrane, wszyscy żłopią alkohol. Czujemy się tu jak w domu. Nadal zdumiewa niskość cen.
Ostatni etap naszej albańskiej przygody to Durres, a właściwie Golem, mały kurorcik na przedmieściu. Ładna ale zatłoczona plaża jakoś nas nie przekonuje, tym bardziej, że woda jest mętna. Znowu dwie wycieczki. Tym razem Kruja, w której pomimo osławionego bazaru nadal nie ma jednak co kupić. Tu na północy kraju zaczynamy zauważać początki prób „oskubywania „ turystów. Ceny wymyślane z księżyca podawane na podstawie rozpoznania narodowości, Ale i tak jest tanio. Pojawia się też nowy fach – anglojęzyczny przewodnik. Kto tylko umie parę słów w tym języku usiłuje ci oferować swoje usługi.


Ostatnia wycieczka – Tirana. Jak dla mnie – nic tam nie ma oprócz ciekawego Muzeum Historycznego, w którym na całe szczęście działa klimatyzacja i można odetchnąć od skwaru. Nazajutrz ruszamy do Macedonii. Do Skopje znowu jedziemy przez góry. Tym razem nocą. Na granicy spędziłyśmy ponad godzinę. Trochę już zdążyłam odwyknąć od stania na granicy i badania paszportów. Ku twojej chwale Unio. Oby nie przyszło mi się z powrotem się do niego przyzwyczajać. Po 10 dniach spędzonych w Albanii wita nas Macedonia.

Skopje to kraina z komiksu. Simulacrum – kwintesencja kultury postmodernizmu. Jeśli kiedykolwiek przyszło wam tęsknić za światem, którego już nie ma – to Skopje wam na to nie pozwoli. Skopje poda wam ten świat na tacy, ale w taki sposób aby zdumienie nie pozwoliło wam nic z tej tacy skosztować. Macedoński rząd realizując swoją wizję Skopje  w ciągu 4 lat zbudował swoją historię, swoje zabytki, których nie miał, zbudował swoje Las Vegas na piaskach pustyni.  Projekt Skopje 2014 wypełnił centrum miasta wyrastającymi z podświetlanych na kolorowo fontann 25-metrowymi pomnikami i monstrualnymi neoklasycystycznymi budynkami. Brzeg rzeki ubarwił ogromnymi restauracjami w kształcie statków, siedmioma położonymi tuż obok siebie mostami przybranymi setkami figur, a całość projektu nowego miasta zwieńczył gigantycznym łukiem triumfalnym, który nazwany został Bramą Macedonii. Rzeczywisty koszt tego przedsięwzięcia wyniósł około 500 mln euro wyjętych z kieszeni podatnika, czy tez pożyczonych nie wiadomo dokładnie od kogo Czy ta taca, którą tu podają przyprawić może szybko o niestrawność tego jeszcze nie wiem, ale wiedzą to chyba przeciwnicy projektu Skopje 2014 strzelając w nowo wybudowane gigantyczne budynki kulkami od paintballa. Wydaje mi się, ze w tym mieście nie zaszkodziłby już nawet pomnik – mauzoleum Lecha Kaczyńskiego. Nawet podwójny pomnik „dwóch takich , co ukradli księżyc” nie zrobiłby w tym mieście na nikim wrażenia, a właściwie nawet jestem zdziwiona, ze jeszcze tam takowego nie ma.


Ze Skopje lecimy samolotem do Bratysławy ucinając sobie w drodze pogawędkę z doskonale mówiącą po angielsku Macedonką, która opowiedziała nam co nieco o kolorowej, paintballowej  rewolucji w swoim kraju. W nocy przybywamy do hotelu mając przy sobie 2 Euro. W hotelu na całe szczęście można płacić kartą. Ku naszemu zdziwieniu umiejscowiony jest pomiędzy autostradą, a zwrotnicą kolejową i przez całą noc wybudzają nas przetaczające się składy pociągów towarowych. Mamy, co chciałyśmy wróciłyśmy do swojego świata, tego w którym podobno czujemy się bezpiecznie. 

W Bratysławie zwiedzamy starówkę i zamek. Nie mamy już siły na muzea, chłoniemy atmosferę miasta i jemy najlepsze gnocci, jakie kiedykolwiek zdarzyło mi się skosztować.




Autobus do Wiednia, na który wykupiłyśmy online bilety po 1 Euro odjeżdża spod wielkiego centrum handlowego, gdzie wchodzimy i wkręcamy się w wir ciuchowych zakupów. W ostatniej chwili odnotowujemy, że autobus odjeżdża wcześniej niż nam się wydawało, więc przerywamy zakupy i gnamy . Zdążamy na ostatnią chwilę. Zupełnie jak w życiu.


Autobus za 1 Euro okazuje się być najbardziej luksusowo wyposażonym autobusem jakim zdarzyło nam się kiedykolwiek jechać. W ramach 1 Euro mamy osobiste telewizorki, na których możemy łączyć się z internetem grać w gry i słuchać i oglądać pilota wyposażone w mega słuchawki. Podczas godzinnej drogi dostajemy też darmową kawę (4 rodzaje do wyboru) Zakupy kończymy we Wiedniu. Autobus kończy swój bieg pod kolejnym centrum handlowym. Mamy chyba na chwilę dosyć zabytków, austriackie wyprzedaże i sklepowe półki sieciówek koją naszą tęsknotę. Tęsknotę za czym?




We Wiedniu z zakupów wpadamy prosto na imprezę u przyjaciół i zjazd starej ekipy. Nie odbieram tego, jako jeszcze jednej podróży w przeszłość, to byłoby zbyt banalne. Czy tęsknię za przeszłością? Nie – nie tęsknię, więc co ja tutaj robię? Pije whisky, szukając zapachu młodości, która nie miała bynajmniej zapachu whisky, tylko pachniała tanim winem marki wino.

I to już jest koniec naszej podróży. Ostatniego dnia próbujemy jeszcze złapać Wiedeń w pigułce. I już wiem, ze tu jeszcze kiedyś wrócę, bo Wiedeń to nie jest Skopje i trzeba go chłonąć jak dobre brendy z całym jego wyrafinowanym bukietem zapachów przez dłuższy czas. Tymczasem my wsiadamy już do autobusu, żeby za 12 godzin znaleźć się z powrotem w domu. 

Keksu- wracam do ciebie stęskniona. Ten niespełna miesiąc bez ciebie wydaje mi się wiecznością. A wiec wytrzymaj jeszcze to 12 godzin beze mnie, a wyraz twoich oczu i twój mokry nos będzie nagrodą za wszystkie niewygody tego ostatniego etapu mojej podróży.







wtorek, 28 czerwca 2016

PO PROTEŚCIE YULIN REFLEKSJI KILKA



Ostatnio brakło trochę czasu na pisanie. Pisarz i aktywista to dwa przeciwstawne bieguny. Nie mogłam być dziennikarzem, bo byłam PRowcem a po dwóch stronach barykady stać się nie da. Jako z PRowca jestem z siebie zadowolona. Wyszło nie najgorzej. Medialne doniesienia na „Niezrzeszonych dla Zwierząt” są tego dowodem. PRowiec i aktywista to takie proste wcielenia. Mają ideę do przekazania i konkretną robotę do zrobienia. Nie mogą się wahać, wiedzą, ze to co robią jest właśnie tym czego chcą. Masz do przekazania jakąś treść i przedstawic ją jak prawdę objawioną. A treść jest oczywista STOP YULIN!!!

Im głębiej zagrzebywałam się w Yulin, tym odczuwałam większy wstręt do ludzkiej natury. Nie rozumiem okrucieństwa, wydaje mi się, ze nie rozumiem radości z zadawania bólu. Kiedy zamykam oczy czasami jeszcze dzisiaj widzę te psy oskórowane, wygięte w paroksyźmie bólu, w mękach uciekające swoim oprawcom przy akompaniamencie ich wulgarnego nieludzkiego rechotu. Może kiedyś zapomnę te obrazy, ale chyba do końca życie będę miała w uszch ten ich obrzydliwy śmiech  rozlegający się w obliczu męczarni zadanej żywemu stworzeniu. Kiedy go słyszę jestem się w stanie po raz pierwszy zgodzić z kościołem, ze na świecie jest diabeł.

Małe dzieci mają taką sadystyczną skłonność do męczenia żywych istot, póki nie nabiorą empatii. Ale odnoszę wrazenie, że w człowieku  ta skłonność gdzieś pozostaje, ten demon gdzieś tkwi. Jego potwierdzeniem są zachowania zbrodniarzy wojennych, świadectwa ludzi którzy przeżyli Holocaust, obrazki z rzeźni, filmy z miejsc takich jak Yulin. Ten odrażający sadyzm jest w nas. To jest ta czarna strona natury ludzkiej, którą tak fenomenalnie pokazał Coppola w Czasie Apokalipsy. Ona gdzieś jest w każdym, nie tylko w nich. Być może jest i w tobie i we mnie.

Ale na całe szczęście PRowiec nie musi mieć takich dylematów, nie moze zastanawiąć sie nad tym, czy mamy prawo protestować przeciwko Yulin, wobec faktu, ze  zgadzamy się na ubój  rytualny, czy na istnienie rzeźni. Tak naprawdę to nie do mnie powinno być skierowany ten zarzut – bo ja się na nie nie zgadzam. A na pytanie, co by było gdyby Hindusi zaczęli protestować przeciw jedzeniu w Polsce krów – odpowiedź mam prostą. Stanęłabym u ich boku. Ten zarzut mnie nie rusza. Nie rusza mnie też zarzut o tradycji. Do tradycji pewnych społeczeństw należało składanie ofiar z ludzi i tak się jakoś składa, że nikt się przywrócenia tych tradycji nie domaga i nie roni nad nią łez. Powiem szczerze, kiedy zamykam oczy, noszę jeszcze w sobie te obrazy i słysze słowo „tradycja” – to staje się ono dla mnie wręcz nienawistne, obrzydliwe i prowokuje mnie do wymiotów.

Tak naprawdę rozwalił mnie troche apel ActAsia, że wykupując psy nakręcamy koniunkturę, ale pozostaję jednak przy swojej upartej pozycji PRowca. To proste.  Jeśli porywają zakładnika, rodzina nie zastanawia się nad tym, że wpłacając okup potencjalnie wzmacnia porywacza do kolejnych kidnaperskich działań. Przede wszystkim dbamy o bezpieczeństwo zakładnika, a dopiero potem skupiamy się na ściganiu przestepcy. Dlatego też mówie towarzystwu krytykujących nas upierdliwych ciotek „dobra rada” - FUCK YOURSELF!!!

Tak zwany Ruchu prozwierzęcy. Zanim zaczniesz krytykować innych, że nie postępują i nie działają według twoich wytycznych – zapytaj się sam siebie, co chciałeś tą ironiczną pozą podszytą chamstwem osiągnąć? I czy aby o zwierzęta ci naprawdę chodziło? Bo wyobraź sobie, że ten tak zwany Ruch prozwierzęcy – to jesteś ty i to jestem ja. I to jest dziadek Józek i babcia z windy, którzy nalewają wodę do miski, stojącej pod drzewem podczas upału. I powiem ci wiecej. Ten ruch prozwierzęcy to też są tipsiary histerycznie wymieniające Ochy I Achy nad swoim dzidziusiami– pieseczkami i hipsterscy wegetarianie lansiarze. Jest nim każda ta cząstka wszechświata, która dokłada swoją malutką cegiełkę do przeciwdziałania eksploatacji zwierząt, i dla dobra i dla powodzenia tego działania nie wolno wylewać na nich wiadra pomyj.

I do cholery jasnej tak zwany ruchu pro-zwierzęcy przestań wreszcie rozważać kwestię intencji. Mnie osobiście mało obchodzą intencje. Czy ktos nie je mięsa dla lansu, czy też nie je mięsa z głęboko uświadomionych moralnych przyczyn ma może jakieś znaczenie dla nas – ale nie dla zwierząt. Gdybym stała przed plutonem egzekucyjnym i przyszło mi ocaleć, to szczerze mówiąc miałabym w dupie z jakiego powodu nie zostałam zabita. I gdyby ktoś zaprotestował przeciwko mojej śmierci, to miałabym również w dupie, czy miał „moralne prawo” protestować przeciwko mojej śmierci, czy też go nie miał. I myślę, że zwierzęta też to mają w dupie.

I zrozum jeszcze jedno tzw ruchu pro-zwierzęcy, że to nie ja jestem twoim wrogiem. Ani ja, ani ten dziadek ani ta tipsiara. Twój wróg właśnie gotuje na żywca psy na festiwalu w Yulin. Twój wróg właśnie spalił  kota, albo wycelowuję lufę w sarnę dla sobie tylko zrozumiałej i sadystycznej zabawy.
I to jest twój wróg. Ale wy podczas tej akcji zrobiliście wszystko, zebyśmy sie czuli na celowniku bardziej, niz oni. Wydawaliśmy się być bardziej szkodliwi niż oprawcy z Yulin. Ale jakoś nie wylewam łez z żalu, ze ktoś mnie usunął ze znajmomych na Fb z powodu różnicy zdań. Dlatego zabierajcie sobie swoje zabawki i idźcie sie bawić do swojej piaskownicy. Być moze przy wiernym udziale swojej świty pozostanie wam do końca życia tytuł „Króla Piaskownicy” bez którego tak bardzo nie umiecie żyć.

niedziela, 17 kwietnia 2016

LINCZ – OK!

LINCZ  –  OK!



Informacja, że Dorota Wellman znokautowała przy pomocy torby z laptopem i ziemniakami sadystę znęcającego sie nad szczeniakiem obiegła internet i z całą pewnością zapoznało się z nią znacznie więcej odbiorców, niż z raportem Czarnej Owcy „Jak Polacy znęcają się nad zwierzętami”. Ta ostatnia publikacja, aczkolwiek zaprezentowana przez GW, trafiła bowiem tylko do zainteresowanych kregów i została przeczytana przez ludzi, którzy są „w temacie”. Obie jednak miałyby szansę zrobić wiele dla zwierząt. Miałyby szanse gdyby stanął za nimi społeczny dyskurs i reakcja ustawodawcy. Ale póki co,  nie stanie.

Istnieją przekazy które są dobre merytorycznie, ale nie koniecznie medialne. Wprawdzie dają dużo do myślenia, lecz wymagają pewnego skupienia, zaangażowania, inteligencji i czasu. Istnieją też takie, które po prostu „płyną” i są przyswajane przez tysiące, chociaż nie niosą za sobą wielkiej tresci. Akurat czyn Doroty Wellman był prosty jak konstrukcja cepa – a przez to przemawiający do wielu. Mógłby otworzyć dyskusję o konieczności zwiększenia kar dla oprawców zwierząt, co daje przyczynek do zabrania sie za nowelizację ustawy o ich ochronie. Nie widzę jednak mediów, które by temat podjęły poza przekazaniem tej prostej informacji na zasadzie tabloidalnego newsa. A bardzo szkoda.

Jakiś czas temu historia Piotra Kuryły, który zostawił w 40 stopniowym upale przywiązaną do bramy schroniska szczenną sukę, którą wcześniej adoptował w chwale i glorii, przerodziła się w wielki akt potępienia dla biegacza. Rozpoczęła się medialna nagonka, Kuryło był słusznie atakowany przez tysiące internautów. Czyn jego miał wpływ na to, że odwrócili się od niego sponsorzy i społeczeństwo. Pojawiły się również w prasie artykuły  osób przerażonych masowością tego napiętnowania, które odzywały się w obronie biegacza. Dalej nastąpiła cisza.  Nikt nie podjął tematu, nie zastanowił się dlaczego tak naprawdę Kuryłę spotkał lincz. Zdarzenie podciągnięte zostało pod obecne zjawisko „kultury hejtu”.


O przyczynach zjawiska samosądów mówi prof. Janusz Czapiński na łamach Dziennika. Wyróżnia on dwa podstawowe powody. Pierwszy to niewydolność instytucji państwa w ocenie lokalnych społeczności. Drugi to fakt, że dosyć radykalnie rozmija się surowość sądów i ich orzecznictwo z surowością obywateli i "wewnętrznym kodeksem karnym”. http://wiadomosci.dziennik.pl/opinie/artykuly/447935,prof-janusz-czapinski-i-sprawie-mariusza-trynkiewicza-czy-dojdzie-do-linczu.html.
Przypadki linczu mają swoje miejsce tam, gdzie władza państwowa nie jest należycie zorganizowana i zbyt słaba, aby móc zająć się skutecznie karaniem przestępców i funkcję tę bierze na siebie społeczeństwo. Należy pamiętać iż samo przestępstwo i krzywda przez nie wyrządzona powoduje zarówno u ofiar, jak i u innych członków danej społeczności, pojawienie się całego wachlarza skomplikowanych stanów emocjonalnych takich jak;uczucia straty, niesprawiedliwości, obawy, chęci zemsty, które poszukują ujścia, odreagowania, przywróconego utraconego poczucia porządku i bezpieczeństwa. Gdy pokrzywdzeni, lub ich współodczuwający znaleźć go nie mogą w legalnej działalności aparatu sądowego,  dochodzi do czynów, skierowanych przeciw sprawcy. Wtedy tłum, lub pojedyńczy mściciel sam wymierza sprawiedliwość.

Zmiany w postrzeganiu zwierząt zarówno domowych jak i gospodarskich dokonują się już od ponad wieku pod wpływem prądu zwanego humanitaryzmem. Zwierzęta stają się ludzkimi przyjaciółmi, towarzyszami, zajmują miejsce członka rodziny. Nasz emocjonalny stosunek do nich uległ zasadniczej przemianie, trudno więc dziwić się, że słysząc o czynach bestialskich skierowanych przeciwko nim budzą się emocje takie jak współodczuwanie dla ofiary, odrazę do oprawcy, chęć sprawiedliwego ukarania go, a tym samym zapobiegania podobnym czynom w przyszłości. Jednakże według Raportu organizacji Czarna Owca Pana Kota  - ponad 74% spraw o przestępstwa przeciwko zwierzętom kończy się odmową wszczęcia lub umorzeniem dochodzenia, a tylko ok. 19% postępowań znajduje swój finał w sądzie.  Zasadniczą przyczyną odmów wszczęcia oraz umorzeń dochodzeń w sprawach o przestępstwa przeciwko zwierzętom jest brak faktycznych podstaw oskarżenia oraz brak ustawowych znamion czynu zabronionego. Z raportu wynika jednak, że wykonanie 86% spośród kar jest warunkowo zawieszane przez sądy na okres próby. Sądy bowiem najrzadziej wymierzały skazanym karę bezwarunkowego ograniczenia wolności (ponad 17% orzeczonych kar), a w połowie spraw rozpatrywanych przez badane sądy w latach 2012–2014 nie orzeczono wobec sprawców przestępstw przeciwko zwierzętom żadnych środków karnych. Liczba ujawnianych przez policję wykroczeń z Ustawy o ochronie zwierząt jest ciagle  znikoma. Dlaczego tak sie dzieje?
- Trudno zrozumieć, z czego wynika ta praktyka sądów, ale taka ona jest - mówi dziennikarce GW Annie Pawłowskiej - adwokat Anna Chrobot, przewodnicząca Koła Przyjaciół Czworonogów przy Okręgowej Radzie Adwokackiej we Wrocławiu.
 W głośnej sprawie psa Barego, który został zakopany żywcem, uratowanego dzięki interwencji policji prokurator Katarzyna Szewczyk zamieniła się w adwokata . Zażądała kary w zawieszeniu motywując to „inną wrażliwością i niskimi zarobkami „ sprawców. Oskarżyciel posiłkowy fundacja Lex Nova wniosła o jego odrzucenie, domagając się m.in. kary 2 lat bezwzględnego więzienia oraz kary  polegającej na wykonaniu pracy społecznej w wymiarze 40 godzin. Żądaniem prokurator zbulwersowany był tym razem nawet sam sąd, który ostatecznie jej wniosek odrzucił. Jednakze taka postawa sądów to wyjątek albowiem zasadą jest nieorzekanie  kary bezwzględnego więzienia, a wyroki za dręczenie zwierząt, zapadają w zawieszeniu albo sprawy zostają umarzane. Organizacje pro-zwierzęce sa bezsilne. Właściciele skrzywdzonych zwierząt lub obserwatorzy aktów bestialstwa zgłaszający przestępstwo policji, stają w obliczu sytuacji, w której oprawca ukarany zostaje karą w zawieszeniu, a więc praktycznie żadną, i śmieje im się w twarz pokazując jednocześnie  środkowy palec.


Trudno więc dziwić się, że tak wygląda przykładowy, jeden z tysięcy wpisów anonimowej internautki pochodzący z forum Polityki: dotyczącego tematu: „Jakie kary powinny obowiązywac za dręczenie zwierząt” Ja nie przeszłabym obojętnie wobec zwyrodnialca. Gdybym musiała zainterweniować nawet w przypadku zwyrodnialca (uderzając go albo coś innego) zrobiłabym to bez wahania, skoro sądy i policja są bezradne. Widziałam kiedyś jak 2 chłopców okładało Psa cegłą, biegłam ze łzami żeby pomóc ale wyręczył mnie nieznajomy mężczyzna który wraz z kolegą sprał dotkliwie zwyrodnialców. Nie powiem jak bardzo ucieszył mnie widok krwawiących pokiereszowanych twarzy zwyrodnialców. Pieska zabrano do lecznicy i jego historia zakończyła się szczęśliwie. Jeśli zobaczę krzywdę zwierzęcia nie cofnę się przed niczym aby mu pomóc. Policja i Sąd będą na końcu. Sami możemy wymierzać kary.


Kwestia poprawy losu zwierząt, to jak obecnie wszystkie kwestie ideologiczne w Polsce – problem polityczny i wpisana została do obowiązującego dyskursu „prawo-lewo”. Do tej pory wprowadzenie nowelizacji Ustawy o Ochronie Zwierząt utrudniała obecności w sejmie PSL, który wszystkie próby poprawy losu zwierząt uważał za zamach na wolność swojego wiejskiego elektoratu. W chwili obecnej PSL w parlamencie już nie ma, ale sytuacja w dalszym ciągu nie ma żadnej szansy ulec zmianie. Jakiekolwiek działanie w tym kierunku nie wpisuje się w linię ideologiczną PIS, a najbardziej fanatyczne skrzydła prawicowego betonu wypisują elaboraty udowadniające zagrożenia, wynikające z respektowania praw zwierząt. Czołowa polska talibka Małgorzata Terlikowska w zakazie występów cyrków ze zwierzętami widzi zamach na podstawowe prawa człowieka, a obecność zwierząt towarzyszących uważa za zbrodnie wobec dzieci narodzonych i nienarodzonych. Popiera ją Krystyna Pawłowicz, a Naczelny Tomasz Terlikowski udowadnia bezczelnie, ze „zwierzęta nawet w Wigilię praw nie mają”. Podobne zresztą poglądy reprezentuje wielu innych prawicowych publicystów. Jakakolwiek dyskusja na temat polepszenia losu zwierząt zostaje przez środowiska wsteczne natychmiast zakontrowana „zagrożeniem - wegetariańskiej dyktatury”.


Wygląda więc na to, że póki co, jedynym wyjściem zostaje właściwe użycie damskiej torebki. Nie słychać jednak żeby celebrytce pani Dorocie Wellman postawiono jakiekolwiek zarzuty naruszenia nietykalności cielesnej oprawcy szczeniaka. Gdyby to się stało, jej obrona mogłaby na jakiś czas skonsolidować skłócone ze sobą środowiska pro-zwierzęce i być może stać się motorem jakiejś zmiany. Wszystko wskazuje jednak na to, że news pozostanie tylko newsem; i nikt nie podejmie tego tematu, dopóki któregoś razu jakiś bezsilny obserwator takiego bezkarnego kata poprostu nie zabije. I może dopiero wtedy da to coś komuś do myślenia. 

sobota, 2 kwietnia 2016

IM MNIEJ TERLIKOWSKIEGO, TYM KONIOM LŻEJ

Ten tekst powstał własciwie ponad rok temu. Napisałam go w furii zawalając noc kiedy przeczytałam zamieszczony w Rzepie (Plus Minus) artykuł kretyna Terlikowskiego "Zwierzęta nawet w Wigilię praw nie mają" Zrodzony z totalnego wkurwienia otworzył właściwie serię Nowej Generacji moich tekstów. Niech więc odgrzebany z dysku znajdzie dzis i on miejsce.

Dla chętnych poznania artykułu "mistrza" do którego się odnoszę mam smutną wiadomość nie ma do niego bezpłatnego dostępu , a płacić z całą pewnością nie warto, a nawet nie wolno ;-). http://www.rp.pl/artykul/1167095-Zwierzeta--nawet-w-Wigilie--praw-nie-maja.html?template=restricted. 
Dlatego chociaż nie linkuję nigdy do prawicowych źródeł, żeby nie promować chorej ideologii, zrobię tu wyjątek  podaję linka do obszernego  jego skrótu http://www.fronda.pl/a/tomasz-terlikowski-zwierzeta-praw-nie-maja-nawet-w-wigilie,45506.html

IM MNIEJ TERLIKOWSKIEGO, TYM KONIOM LŻEJ

 

W wigilię zwierzęta mają mówić ludzkim głosem. Natomiast skoro zwierzęta tego dnia ludzkim głosem nie przemówiły, to znaczy, że to nie była Wielkanoc. Retorykę tego rodzaju  stosuje Tomasz Terlikowski w artykule „Zwierzęta nawet w wigilię praw nie mają”

 

Implikacja to konsekwencja; związek logiczny pomiędzy dwoma zjawiskami, z których drugie jest wynikiem pierwszego - zdanie złożone zbudowane według schematu: jeżeli..., to...,skoro..., więc , im..., tym. Tomasz Terlikowski stawia w swoim artykule natchnione tezy zbudowane na modelu implikacji już we wstępie. Jego zdaniem „ im więcej opowiada się o „prawach zwierząt", tym częściej łamie się prawa ludzi. Na czym miałoby więc polegać łamanie praw Tomasza Terlikowskiego przez ludzi  mówiących o prawach zwierząt? Na tym, że jak zaznacza na samym początku, chce on jeść mięso i mieć piątkę dzieci. I w tych oto właśnie podstawowych jego prawach przeszkadzają mu  interesy miliardów krów czy bilionów świnek morskich i szczurów.Innego dowodu na owe stwierdzenie w całym szesciostronicowym artykule  nie znalazłam, chociaż długo szukałam.

Podobnie „logicznie zbudowanych „kwiatków” jest tu ogromna ilość. Wnioski, które są implikowane ze zdań poprzedzających są tak samo spójne logicznie jak stwierdzenie, że im mniej bombek na choince, tym częściej sie pierogi przypalają.Oto na przykład typowa  figura logiczna utworzona przez Terlikowskiego. „Stworzył więc Bóg człowieka na swój obraz, na obraz Boży go stworzył: stworzył mężczyznę i niewiastę" – czytamy w pierwszym opisie stworzenia człowieka. A w drugim znajdujemy dopowiedzenie, że to człowiek nazywał zwierzęta, co w języku Biblii oznacza  i warto mieć tego świadomość - tłumaczy nam Terlikowski –  że sprawował nad nimi władzę, ale i troszczył się o nie.Opis ten nie pozostawia wątpliwości – pisze dalej autor - co do tego, że człowiek zajmuje szczególne miejsce w planie Bożym, jest bowiem – jako jedyna istota – stworzony na „obraz i podobieństwo Boże", czego nie można powiedzieć o zwierzęciu. Nie ma też wątpliwości, że zwierzęta zostały poddane człowiekowi, choć on sam wezwany jest do troski o nie.” Słowo troska według Wielkiego Słownika Jezyka Polskiego oznacza „dbanie o coś lub kogoś w taki sposób, że poświęca się temu dużo czasu i uwagi lub otacza opieką”, a słownik synonimów do wyrazu troska w tymże kontekście przyporządkowuje słowa takie jak „dbałość, opieka,   pielęgnacja, pietyzm. Nie wiem jak rozumie słowo „troska” Tomasz Terlikowski skoro powyższy fragment każe mu natychmiast wysunąć mu następujący wniosek : „Pomysł więc, by uznać, że zwierzęta są równe człowiekowi czy że posiadają one prawa, które człowiek powinien respektować, jest nie do zaakceptowania przez chrześcijanina. Dlatego też zupełnie nie rozumiem dlaczego troszczenie sie o kogoś oznaczałoby nieuznawanie faktu, iż posiada on prawa, które tenże władzę sprawujący i troszczący się miałby respektować. Najwyraźniej w taki właśnie sposób  troszczy się o najbliższych pan Terlikowski i aż strach pomyśleć, co by stało sie z prawami innych gdyby jakimś nieszczęśliwym zbiegiem okoliczności miałby on jakąkolwiek władzę nad jakąś większą grupa osób sprawować. 

Równie przekonująco próbuje autor argumentować, że św Franciszek nie kochał zwierząt. „W świetle tej biblijnej teologii trzeba interpretować opowieści o tym, w jaki sposób św. Franciszek (a także inni święci Wschodu i Zachodu chrześcijańskiego) traktował zwierzęta. Wbrew powtarzanym chętnie mitom jego podejście nie wynikało wcale z jakiejś szczególnej miłości do zwierząt czy z dostrzegania ich praw, ale z tego, że w świecie stworzonym dostrzegał on drogę ku Bogu.- stwierdza autorytatywnie Terlikowski I oczywiście przytacza natychmiast liczne właściwe sobie  dowody i uzasadnienia. „ Natura była dla niego sposobem, w jaki – o czym w Liście do Rzymian pisał św. Paweł – Bóg objawia się światu. Tak zresztą ową szczególną bliskość ze zwierzętami (rozmawianie z nimi, określanie ich mianem sióstr czy braci – choć nigdy „braćmi mniejszymi"!) wyjaśniali pierwsi biografowie i współbracia świętego. „W każdym tworze podziwiał mistrza. W przyjemnych widokach dostrzegał ożywiającą zasadę i przyczynę" – możemy przeczytać w „Źródłach franciszkańskich". Przykro mi, ja w zdaniu iż „w każdym tworze podziwiał mistrza” – nie widzę żadnego dowodu na to, iż zwierząt nie kochał i nie szanował ich praw. Widzę natomiast w całym tym wywodzie dowód na to, ze autor nie potrafi przytaczać, żadnych racjonalnych dowodów, cytować, ani  argumentować i nie stosuje zasad polskiej gramatyki. Bredzi natomiast, co mu ślina na język , a palec na klawiaturę przyniesie, a co najgorsze, lekceważy na tyle swojego czytelnika, że chyba ani razu sam nie czyta tego, co spłodził, nie widzi, ze to jest pozbawione logiki, ani żadnego porządku, tylko publikuje w poczuciu, ze przecież jest genialny. I dalej :  Św. Franciszek – o czym jasno piszą jego biografowie – sam szukał mięsa dla chorych współbraci i nigdy nie przekonywał, że powodem odrzucenia spożywania pokarmów mięsnych były jakieś domniemane prawa zwierząt. Jacy biografowie Panie Tomaszu i w jakich pismach, piszą jasno że „Swięty Franciszek nigdy nie przekonywał, że powodem odrzucenia spożywania pokarmów mięsnych były jakieś domniemane prawa zwierząt”?  Jeśli się takie jednoznaczne stwierdzenia stosuje to może należałoby przytoczyć jakieś źródła. Bo jeśli ja będę chciała jednoznacznie stwierdzić na łamach prasy, że na przykład,  Terlikowski w swoich artykułach nawołuje do nienawiści, to przytoczę konkretne cytaty, wskaze konkretnego autora i  przedstawię konkretne publikacje, w których można te cytaty znaleźć. Najwyraźniej jednak skoro Terlikowski uważa że „Swięty Franciszek nigdy nie przekonywał, że powodem odrzucenia spożywania pokarmów mięsnych były jakieś domniemane prawa zwierząt, to już jest dowodem samym w sobie i żadne dowody przytaczanych tez nie są juz zupełnie potrzebne.Św Franciszek sprostowania w kwestii zafałszowania jego intencji zapewne nie będzie się domagał. Szkoda tylko, że pismo takie jak „Rzeczpospolita” dopuszcza tak słabe merytorycznie artykuły w wydaniu świątecznym i płaci za nie. Jest to dowód niewielkiego szacunku do odbiorcy i traktowanie go jak niepiśmiennego  idioty, czym czuję się niezwykle zażenowana.
O tym, że, że Terlikowski uwaza swoich czytelników za kretynów świadczy równiez fakt, jak dobiera cytaty z Biblii. Nie trzeba być w żadnym bowiem stopniu znawcą Pisma Świętego, ani szczególnie sie nim interesowac, ani nawet uważać sie za katolika, zeby w szybki sposób znaleźć tam wersety, o których autor „zapomniał”, bo były niewygodne dla jego retoryki.Na przykład;
„Kto zarzyna na ofiarę wołu i jednocześnie jest mordercą ludzi, kto ofiaruje owce i jednocześnie łamie kark psu, kto składa ofiarę z pokarmów i jednocześnie rozlewa krew świni, kto spala kadzidło i jednocześnie czci bałwana – ci obrali sobie swoje drogi i ich dusza ma upodobanie w ohydach. Tak samo i Ja wybiorę dla nich męki i sprowadzę na nich to, czego się lękali, bo gdy wołałem, nikt nie odpowiadał, gdy mówiłem, nikt nie słuchał, lecz czynili to, co jest złe w moich oczach, i wybrali to, czego Ja nie lubię”.Izajasz 66, 3-4
Albo; Lubią ofiary krwawe i chętnie je składają, lubią też mięso, które wówczas jedzą, lecz Pan nie ma w tym upodobania. Wspominam wtedy na ich przewinienia i karzę ich za grzechy - niech wrócą znów do Egiptu! (Ks. Ozeasza 8.13) 

Równie ciekawą logiką posługują sie cytowani przez Terlikowskiego autorzy Katechizmu Kościoła katolickiego „Bóg powierzył zwierzęta panowaniu człowieka, którego stworzył na swój obraz”.  Z tego wynika następujące bezpośrednio kolejne zdanie „Jest więc uprawnione wykorzystywanie zwierząt jako pokarmu i do wytwarzania odzieży " – przytacza za nimi Terlikowski. I takie implikacje ciągną się w nieskończoność ponieważ autor prawdopodobnie doskonale czuje sie w udawadnianiu gawiedzi, ze z faktu iż trawa czasem nie jest zielona niewątpliwie wynika fakt, ze kazdy słoń jest czerwony, i że pan Terlikowski ma monopol na wyciąganie kolejnych wniosków na swoją modłę.Na przykład niepokoi go silnie iż ludzie zadają pytania dotyczące dostepu zwierząt do życia wiecznego.Niepokoją go one niezwykle ponieważ, jak pisze dalej,” z punktu widzenia chrześcijaństwa odpowiedź jest prosta: otóż zwierzęta nie mają duszy nieśmiertelnej (choć można mówić o tym, że istnieje w nich jakaś forma ożywiająca, którą można za Arystotelesem określić jako pewną formę duszy), a zatem zbawione być nie mogą. .Rzeczywiście, przecież to proste jak drut ; zwierzęta nie mają duszy, chociaż mają pewną formę duszy i  z tego właśnie wynika, że zbawione być nie moga.Czy ktoś z czytelników  jeszcze nadal nie rozumie tej prostej z punktu widzenia chrześcijaństwa odpowiedzi? Przeciez to czysta i jasna logika „nie mają chociaż mają ale nie mogą” I tego rodzaju bełkot ciągnie się na całe sześc stron.

Pan Terlikowski jak wynika z przytaczanych przez niego przez niego argumentów, nie tyle myśli (bo on nie myśli), on czuje, on nie opiera sie na źródłach – on wie, on nie wyciaga wniosków – on ma przekonanie. Cóż, można by było pana Terlikowskiego po publikacji artykułu o tak niskim poziomie merytorycznym zabić śmiechem i po prostu nie zniżać sie do jego poziomu. Ale istnieje inne pewnego rodzaju niebezpieczeństwo. Otóż zdaniem dramaturga Eugène Ionesco, zanim nazizm, faszyzm itd. stały się ideologiami, najpierw były uczuciami. Wszystkie ideologie, w tym marksizm stanowią tylko usprawiedliwienie i alibi dla pewnych uczuć, dla pewnych pasji, instynktów wynikających również z biologicznej natury. Instynkty Pana Terlikowskiego sa na pierwszy rzut oka jasne – on chce zabijać zwierzęta, jeść mięso i mieć piątkę dzieci – istnieje  tylko pytanie, co będzie dalej. Bo dla niego to jest za mało. ” Na koniec zadajmy sobie jednak pytanie, czy obdarzanie zwierząt miłością, której godni są tylko ludzie i Bóg, jest najlepszym wyborem i czy rzeczywiście prowadzi nas do właściwych relacji z innymi ludźmi i z samym Stwórcą? – pyta nas ten natchniony „wódz”Czy ciągłe mówienie o prawach zwierząt nie jest próbą zakamuflowania smutnej prawdy, że przestaliśmy cenić prawa człowieka? Prawa wynikające ze szczególnej godności człowieka. Godności, która odróżnia go od zwierząt.” Terlikowski chce bowiem, żeby wszyscy tak jak on zabijali zwierzęta, jedli mięso i mieli piątkę dzieci, każda inną bowiem postawę uważa za łamanie praw natury, a przecież "odwieczna natura bezwzględnie karze tych,którzy; łamią jej prawa. To daje mi przekonanie, że działam w imieniu Wszechmogącego Stwórcy." - napisał Adolf Hitler w Mein Kapmf. Jak niezwykłe przekonanie o swojej misji, albo ile arogancji i cynizmu trzeba posiadać, zeby zafundować czytelnikom takiego literackiego „potworka” właśnie wtedy, kiedy siadają do wieczerzy wigilijnej z najbliższymi, podczas gdy papież Franciszek wygłasza w encyklice słowa Drodzy bracia i siostry, w tę świętą noc kontemplujemy żłóbek: tam Naród kroczący w ciemnościach ujrzał światłość wielką.Widzieli ją ludzie prości, gotowi do przyjęcia daru Bożego. Natomiast przeciwnie, nie widzieli jej ludzie zarozumiali, pyszni, ustanawiający prawa według swoich osobistych kryteriów”

Panie Tomaszu Terlikowski aby zakończyć tą przydługą juz nieco polemikę Oto prośba ma ostatnia Błagam. Bądź zdrów - lecz nie sil się na bycie dziennikarzem, zabijaj zwierzęta - ale nie dobudowuj do tego ideologii, jedz mięso - ale nie pisz artykułów , płodź dzieci -  ale nas nie zbawiaj, i tego ci życzy i tę ostatnią przyjacielską radę posyła ci wcale nie Arbiter Elegantare.





piątek, 1 kwietnia 2016

KUP PAN TROLLA

Ten tekst powstał tak trochę na zamówienie, a trochę dlatego, żeby uświadomić ludziom, że to co dzieje się na forach internetowych bardzo często nie jest autentyczne a stanowi pewnego rodzaju teatr podobny do tego jaki rozgrywa się na mównicy sejmowej. Ostatecznie nie został nigdzie opublikowany. Polecam ku przestrodze.


KUP PAN TROLLA


Oferta skierowana do osób, które tworzyły już płatne treści o tematyce politycznej w postaci komentarzy na forach internetowych, portalach, blogach, znają mechanizmy działania, nie boja się używać mocnych słów, są kreatywne, potrafią prowadzić ożywioną dyskusję, prowokować. I najważniejsze – ­­potrafią być dyskretne. Oczekiwania: dokładność, sumienność, dyskrecja, samodyscyplina, terminowość. Umiejętność zmiany swojego IP również mile widziana”
Takie ogłoszenie pojawiło się niedawno na kilku portalach pośredniczących w poszukiwaniu pracy. Opublikowane na Facebooku i skomentowane, natychmiast zniknęło. Prowokacja, czy nieostrożność? A może po prostu oferta pracy, jak wiele  innych?

ZAWÓD PRZYSZŁOŚCI

Nie wszyscy użytkownicy internetu zdają sobie jeszcze w pełni sprawę z narodzin nowego zawodu, jakim jest trolling polityczny. Nie wszyscy mają też świadomość, że pomówienia, ubliżanie, wyzwiska i wylew nienawiści na internetowych forach, grupach i portalach społecznościowych  nie są jedynie efektem frustracji niezrównoważonych osobników, a sprytną manipulacją ich mocodawców. Płatny trolling stał się obecnie skutecznym narzędziem walki z konkurencją polityczną. Dla osób, które nie mają doświadczenia w poruszaniu się w sieci, albo korzystają z niej okazjonalnie, ilość wulgarnych komentarzy dotyczących życia politycznego może wydawać się bulwersująca i sprawiać wrażenie naparzanki ideologicznej opartej na zagotowanych emocjach. Nic bardziej mylnego. Bardzo duża część owych nienawistnych wpisów nie jest efektem agresji przypadkowych internautów, ale produktem agencji, które z oczerniania ludzi o innych poglądach politycznych zrobiły wysoko dochodowy interes. Jak informuje dziennik „Polska”: największe partie polityczne płacą firmom marketingowym po kilkadziesiąt tysięcy złotych miesięcznie za ubliżanie swoim konkurentom. Cena za umieszczenie komentarza o długości 100 do 350 znaków wynosi od 30 gr do 2 zł. Chętnych do takiej pracy nie brakuje. Renata Kim i Ewelina Lis w artykule „Hejterzy bez zahamowań”, który ukazał się w Newsweeku 2016/6 -  piszą, iż na ogłoszenie o pracy polegającej na tworzeniu płatnych treści o tematyce politycznej w ciągu dwóch dni zgłasza się 250 osób, najczęściej byłych dziennikarzy i to wcale nie anonimowo.
Opluwanie za pieniądze przeciwników politycznych nie jest jedynie polską specjalnością, potęga internetowego medium jest bowiem skrzętnie wykorzystywana przez rządy i polityków na całym świecie. Chińskie władze zatrudniły internautów do wpisywanie pochlebnych dla reżimu komentarzy na forach internetowych i blogach. Wpisy zostają umieszczane anonimowo lub pod pseudonimami przez dziesiątki tysięcy użytkowników sieci, których jedynym zadaniem jest wchodzenie na poszczególne strony i wklejanie na nie wcześniej przygotowanego tekstu. (według news.com.au.) W rosyjskim serwisie sobaka.ru pojawiła się relacja byłego pracownika jednej z tamtejszych agencji propagandowych o nazwie FAN, skupiającej pod sobą 12 innych firm, których zadaniem jest tworzenie materiałów dotyczących konfliktu z Ukrainą lub polityki rosyjskiej. Z kolei Wielka Brytania planuje utworzyć nową jednostkę wojskową, która będzie się specjalizowała w prowadzeniu wojny psychologicznej w Internecie. Jej głównym celem ma być oddziaływanie na media społecznościowe (m.in. Twitter i Facebook) i  wykorzystywanie ich dla swoich potrzeb militarnych.(według www.defence24.pl)


WSZYSTKIE CHWYTY DOZWOLONE....
Paweł Szefernaker – obecny sekretarz stanu w KPRM, który w sztabie wyborczym Andrzeja Dudy odpowiadał za kampanię internetową, przyznaje eufemicznie że:  w internecie najlepiej żrą rzeczy kontrowersyjne – przytacza Zbigniew Bartuś w „Dla kogo pracujesz wredny trollu”. Te kontrowersyjne oznaczają tu słowną młockę, hejt, wyzwiska, dyskredytowanie rozmówcy i opluwanie jadem konkretnej opcji politycznej. Wszystkie chwyty są dozwolone, nie ma metod zakazanych – zdradza w rozmowie z portalem żelazna logika.net anonimowy internauta zatrudniony w charakterze płatnego trolla - Ważne jest tylko to żeby osiągnąć skutek. Pisze się o wszystkim, liczy się ilość, szum informacyjny. Im większy odzew tym lepiej. Jak ktoś coś wytknie, to wtedy nie warto wdawać się w polemiki tylko trzeba przykryć to kolejnym niusem, twittem, memem. Im agresywniej i wulgarniej, tym lepiej. Zwierzenia innego płatnego trolla zamieszczone w liście do redakcji opublikowała również  w styczniowym numerze Angora. Zadaniem autora było jak najbardziej oczernić w internecie jedną z partii. „Podano mi ok. 30 “faktów”, którymi miałem się posiłkować przy pisaniu – opowiada -  Cel był jeden. Jak najwięcej postów opublikowanych. Im bardziej zjadliwe, tym większa premia. Autor listu chce aby ludzie dowiedzieli się, że większość wpisów, szczególnie  tych najbardziej agresywnych, nie jest spontaniczna. To wszystko, co jest wypisane pod artykułami, jest po prostu opłacone – stwierdza.­  – Żadna moherowa babcia nie napisze postu. To są ludzie, którzy w wyborach głosowali na “normalną” partię, a tutaj za pieniądze chwalą Dudę i PiS. Oczywiście oprócz wychwalania na forach głównym zadaniem pracowników agencji propagandowych i samych partii jest plucie jadem na przeciwników politycznych i ich zwolenników, tak aby wpłynąć na masy, wskazać im kierunek i liczyć na odzew w sieci. Oprócz zawodowców działają też i ideowcy. Obrażam, i to czasem na ostro, ale zgodnie z przekonaniami – mówi 33-letnia Marta z Warszawy w artykule „Hejterzy bez zahamowań”  Jak widzę komentarze w sty­lu: „marionetka Kaczora” albo „Duda nie ma jaj”, to puszczają mi nerwy, potrafię jebnąć niezłym hejtem. Takich zaangażowanych ideowców działających „pro bono” jest również spora ilość. W swojej zajadłości nie ustępują zawodowcom. I jednym i drugim należy przyznać niewątpliwie jedno; są skuteczni. Działania troli są obliczone na “pobudzenie” obfitych pokładów zawiści, poczucia krzywdy i nieżyczliwości wobec innych, które spoczywają w charakterach wielu naszych rodaków - opowiada na stronie http://biznes.robertbrzoza.pl anonimowa pracownica polskiej agencji - Tacy “pobudzeni” przejmują trollowe “prawdy” i wyrażenia i zaczynają sami je rozpowszechniać – i rusza lawina hejterstwa.


ŻYCIE TROLLA
Agencja Associated Press opublikowała zwierzenia Ludmiły Sawczuk, dziennikarki która, pracowała w petersburskiej agencji propagandowej. W jej wydziale obowiązywało napisanie w ciągu 12 godzin pracy 160 postów propagujących w sieci kremlowską wizję świata. Każdy z trolli prowadził pod różnymi pseudonimami po kilkanaście kont na portalach społecznościowych, a po otrzymaniu codziennych instrukcji określających co ma pisać i jakie emocje wywoływać, wrzucał na rosyjskie i zachodnie strony internetowe spreparowane zdjęcia i proputinowskie komentarze.  Sawczuk przyznaje, że większość z nich to młodzi ludzie, zachęceni dość wysoką płacą ok 40-50 tys. rubli miesięcznie (ok 2500 zł). Jak twierdzą rosyjskie media, petersburskie trolle  zatrudnia agencja Internet Research, finansowana przez holding, na czele którego stoi bliska osoba z otoczenia prezydenta Władimira Putina, a w samym Petersburgu jest ich około 400. Praca trolli trwa od 9:00 do 17:30, za spóźnianie dostają kary finansowe i stale są obserwowani przez kamery. Celem ich działalności jest codzienne zwiększanie oglądalności serwisów o 3000 nowych osób. Byli pracownicy agencji sugerują, iż cała ta operacja jest kierowana z Kremla.
Trollem w Petersburgu najłatwiej zostać z ogłoszenia; można je rozpoznać po tym, że nie precyzuje  zakresu obowiązków i jako miejsce pracy wskazuje zawsze miasto “Stare Selo” na Ukrainie. Rozmowa o pracę odbywa się w biurowcu na ul. Savushkina 55. Chętni muszą wypełnić ogromną ilość formularzy, które gromadzą szereg informacji o nich, ich rodzicach, rodzinach i życiorysach, ale co ciekawe nie testują poglądów politycznych kandydata. Same kryteria przyjęcia do pracy nie są zbyt wygórowane; zainteresowani pracą muszą wykonać krótkie streszczenie artykułu prasowego,  a wszyscy  mówiący i piszący poprawnie po rosyjsku zostają przyjęci.
Według byłej pracownicy polskiej agencji: na polskim rynku pracy również nie ma zbyt wysokich wymagań co do poziomu kandydatów na trolli. Na początku każdy musi podpisać szeroko rozbudowane oświadczenie o dochowaniu tajemnicy, zachowaniu anonimowości w sieci, oraz zobowiązanie do usunięcia otrzymanych programów po skończeniu projektu; a także do niekopiowania instrukcji i nieudostępniania ich innym. Potem należy przejść obowiązkowe szkolenie, na którym przyszli hejterzy uczeni są jak zmieniać adresy IP i mylić portale mediów co do swojej tożsamości; umiejętność ta niezbędna jest do mnożenia lajków dla wybranych wypowiedzi na stronie i aby móc umieszczać posty pod różnymi nikami . Aspiranci  uczą się  również korzystania z przeglądarki TOR, która w każdej sesji identyfikuje się z innym adresem IP, co zapewnia pełniejszą anonimowość w sieci, następnie dowiadują się, gdzie można utworzyć bezpłatne konta emailowe bez potrzeby podawania numeru telefonu, oraz jak używać specjalnego programu czyszczącego historię lajków i komentarzy, co umożliwia dodawanie kolejnych. Program ten rejestruje też aktywność trolla na portalach i wysłane maile  – to od ich liczby i jakości zależy bowiem wypłata.
O rekrutacji i sposobach działania polskich agencji opowiada autor listu do Angory: Nasza spółka jest zarejestrowana poza granicami Polski. W większości są to, tak jak ja, studenci, którzy w wolnych chwilach dorabiają sobie. Najlepiej jest pracować zdalnie, z akademika lub domu. Do mnie odezwał się kolega i zaproponował pracę przy pisaniu postów pod artykułami. Dobra agencja propagandowa musi  mieć kilka tysiecy profili rozlokowanych na Twitterze, Facebooku, innych portalach społecznościowych oraz na forach. Rekordziści w trollowaniu potrafią zarobić podobno nawet do 5000 zł miesięcznie.  Kiedy zbliżają się wybory dla branży zaczynają się “tłuste” zamówienia. – opisuje pracownik agencji - Za każdy odpowiednio sformułowany post firma otrzymuje od piętnastu groszy do nawet trzech złotych. Ja, jako pracownik, dostaję średnio połowę kwoty. Oczywiście dochodzi dodatkowa premia z tytułu popularności określonych wpisów.


ARMIA SZEFERNAKERA
Według informacji pozyskanych przez dziennikarzy z The Guardian: płatni trolle prezydenta Putina działają ściśle według instrukcji codziennie im dostarczanych, a ich przekaz musi być zgodny z ideologicznym kursem Kremla. Dokładnie to samo można powiedzieć o internetowych trollach Dudy – pisze w artykule „A Duda jak Putim – własna armia trolli” Piotr Stasiuk - schemat jest dokładnie powielony. Zadziwiającą jest jeszcze taka zbieżność – posłowie PiS dostają e-mailem instrukcje „co mam o tym mysleć” i jak komentować medialne przekazy dnia. Autor sugeruje, że owo podobieństwo przywodzi na myśl skojarzenie, iż szkolenie medialne w PiS mogło odbywać  się pod okiem putinowskiego instruktora z Kremla.
Według  Witolda Głowackiego w artykule „Prawo i Sprawiedliwość króluje w polskim internecie” opublikowanym w magazynie Polska – The Times - Partia Jarosława Kaczyńskiego jeszcze niedawno kojarzona ze wszystkim, tylko nie z internetem, totalnie dominuje dziś w mediach społecznościowych i w sieci Pomaga w tym zdyscyplinowana armia trolli. Jego zdaniem działalność propagandowa w sieci jest obecnie dosłownie wpięta w struktury PIS, ich internetowa armia jest w większości zawodowa lub półzawodowa, a znaczną jej część zapełniają pracownicy biur poselskich i regionalnych struktur partii. Trolle werbowani i opłacani są przez co najmniej dwie pracujące dla PiS agencje interaktywne, a pewną część stanowią pracujący wyłącznie dla idei internetowi entuzjaści. Ten pogląd potwierdza wyznanie  anonimowego autora listu do Angory – W 2015 roku największym klientem agencji takich jak moja był PiS –Niemal od stycznia pieniądze płynęły szerokim strumieniem. Najpierw wybory prezydenckie, potem parlamentarne. Te głupoty pisane o Komorowskim, potem o Sikorskim, Kopacz i innych z PO, były straszne. Ale…dobrze opłacone. Teraz na tapecie jest Petru. Również  europoseł Janusz Wojciechowski napisał na Twitterze, że John Kennedy był pierwszym prezydentem, który wygrał wybory w telewizji, a Andrzej Duda pierwszym, który wygrał w internecie; potwierdzając znaczenie działalności w sieci dla ostatnich sukcesów Prawa i Sprawiedliwości.
Możnaby zastanawiać się dlaczego internet zaczął ostatnio być w naszym kraju tak bardzo istotny w kampaniach wyborczych i tak bardzo rzutuje na decyzje wyborców. Ażeby to zdiagnozować trzeba nieco uwazniej przyjrzeć się doniesieniom socjologów; z każdym bowiem rokiem przybywa w Polsce grupa osób, dla których internet  jest głównym źródłem informacji. Z badania CBOS i Uniwersytetu Mikołaja Kopernika wynika iż ci, którzy deklarują, że sieć stanowi dla nich podstawę pozyskiwania wiedzy stanowią wiekszość (60%) w grupie osób do 24 roku życia. Jest to całkiem spory odsetek wyborców, na których myślenie i decyzje, również te przy urnach, główny wpływ mają informacje i opinie zamieszczane w internetowych serwisach niezależnie od tego, jak mało byłyby one wiarygodne. Pomimo iż według badań  MEC Analytics & Insight z dnia 28 maja 2015 najważniejszym źródłem wiedzy o wyborach pozostaje  ciągle telewizja (70%), tylko niewiele mniejszy procent wszystkich Polaków podaje za jej główne źródło serwisy społecznościowe (57%). Jest to o tyle znamienne, iż  podczas wyborów w 2010 r. odsetek wymieniających sieć wśród głównych źródeł informacji o polityce wynosił zaledwie 39,4 proc. Łatwo więc zaobserwować, jak silną mamy w Polsce tendencje wzrostową.
 Jeszcze większą rolę spełnia internet na emigracji, szczególnie tej  wcześniejszej - amerykańskiej, która z uwagi na odległość i coraz mniejsze związki z krajem ma o nim niewielkie pojęcie. Nasi rodacy za oceanem wyrabiają sobie poglądy o Polsce głównie za pośrednictwem przekazu płynącego z sieci, przekazu płynącego nieproporcjonalnie, ale za to bardzo szerokim strumieniem. Należy też pamiętać, że internet to medium bardzo elastyczne, w  którym wszelakie treści mogą nie tylko w przerażającym tempie rozmnażać się na zasadzie infekującego umysły wirusa, ale również coraz szybciej mutować w taki sposób, aby właściwi odbiorcy łatwiej je przyjmowali i rozpowszechniali.
W tych realiach nie należy się dziwić, że  ten kto obecnie wygrywa w sieci, ten ma władzę nad umysłami; i nie bez powodu liderem, który zdominował przekaz internetowy stało sie Prawo i Sprawiedliwość. Politycy PiS tworząc przez osiem lat opozycję mieli czas na stworzenie w Internecie własnego, bardzo sprawnie funkcjonującego, źródła informacji i opinii i skuteczne go wykorzystanie. W wywiadzie dla Faktu Paweł Szefernaker ujawnia iż po stronie PIS podczas kampanii prezydenckiej działało w sieci regularnie trzy tysiące osób.  Jakkolwiek niezbyt chętnie przyznaje się on do zatrudniania internetowych trolli; jednakże w rozmowie z Pawłem Sikorą dziennikarzem NaTemat, przyznaje iż  istnieje w jego w zespole internetowym komórka – która ma za zadanie zwracać uwagę na  uwagę na to, co się pisze na forach i reagować. Szefernaker, zapytany wprost czy jego ludzie działają poprzez  dodawanie  komentarzy,  nie zaprzecza Także w ten sposób, jest to jeden z rodzajów aktywności w internecie” – stwierdza.


TROLLING OD KUCHNI
Nazwa „trolling” pochodzi od techniki łowienia polegającej na zarzucaniu przynęty z płynącej łódki. W przypadku trolla, ów haczyk to kontrowersyjna lub obraźliwa wypowiedź, na którą emocjonalnie reagują inni dyskutanci. Merytoryka dyskusji zanika wówczas, a między uczestnikami zaczyna się wymiana ciosów, epitetów i inwektyw. Profesjonalny troll najpierw „zarzuca haczyk” by sprowokować awanturę w sieci, a gdy sieć nie załapie zarzuca drugi i trzeci. Kiedy ryba połknie przynęte racjonalna dyskusja zostaje przerwana, a troll zaczyna walić po głowach rozmówców kijem bejsbolowym. Istnieją różne strategie działania: czasami trolle występują w parach, czasami w większych grupach, linkując do siebie wzajemnie dla wzmiocnienia efektu; jeden dokleja się do dyskusji początkowo niepozornie, rzuca sugestie, delikatnie poddaje w wątpliwość zdanie przedmówców, kolejny wyskakuje z materiałem cieżkiego kalibru wprowadzając do sieci nieprawdziwe materiały przygotowane wcześniej w partyjnyjnej centrali. Nie od dziś wiemy że: „kłamstwo powtórzone tysiąc razy staje sie prawdą” ; trafiając na podatny grunt, owe fałszywki potrafią siać spustoszenie i kiełkować w umysłach odbiorców niczym chwast.
Zdaniem Brandona Smitha autora artykułu „Disinformation: The Magic of the Lie, Propaganda, Governments, Elites and How It Works” opublikowanego na portalu http://poorrichards-blog.blogspot.com/2012/08/disinformation-magic-of-lie-propaganda.html a zamieszczonego w przekładzie Tomasza Nowakowskiego na stronie https://ussus.wordpress.com: trolle używają  szeregu sprawdzonych w sieci sposobów i sztuczek dlatego też tak trudno się im przeciwstawić. Podstawowym ich sposobem jest pisanie skandalicznych, oburzających komentarzy by odwrócić uwagę, sfrustrować rozmówców, ośmieszyć niewygodne opinie. Inną metodą, jest sprawić aby spólne, logiczne  argumenty przeciwników zostały skompromitowane poprzez zestawienie z bełkotem, albo nawoływaniem do przemocy. Troll będzie też próbował zdominować  wartościową dyskusję w celu zakłócenia jej, oraz sfrustrowania zaangażowanych w nią osób, posługując się listami lub bazami zaplanowanych konspektów rozmów, które zawierają uogólnione, wprowadzające w błąd odpowiedzi na prawdziwe, racjonalne argumenty. Zamieszczone na ich podstawie posty wyglądają na  zbyt dobrze zredagowane, zbyt poprawne; trącą nienaturalnością i łatwo je wychwycić. Dezinformatorzy budzą fałszywe skojarzenia poprzez ciągłe posługiwanie się negatywnymi konotacjami typu „komuniści, faszyści” w celu tworzenia uprzedzeń, oraz odwodzenia rozmówców od obiektywnego badania dowodów. Inną techniką jest nawoływanie do „głosu rozsądku” wobec argumentów niezaprzeczalnie świadczących za jedną stroną, aby osłabić ich siłę. Powszechną metodą jest oskarżanie opozycji o jakiś punkt widzenia, nawet jeśli nie jest on wcale jej poglądem, następnie atakowanie tego stanowiska. Według systematyki wprowadzonej na stronie http://www.eioba.pl/a/33w5/allmanah-manipulacji-w-internecie profesjonalnego trolla cechuje narcystyczna pewność siebie i pełen profesjonalizm – to osoby szkolone do lobbowania bądź wojen w internecie, znają dobrze dany temat i nie wahają się używać wszelkich argumentów. W ich wypadku nawet nick jest dobrze dobrany tak, aby wpływać na podświadomość człowieka.  Jeśli spotkasz w sieci kogoś, kto spełnia powyższe kryteria i używa kilku z wymienionych strategii naraz, to prawdopodobnie masz doczynienia z płatnym trollem.

H. Michael Sweeney na portalu http://www.proparanoid.net/truth.htm zamieszcza cechy dezinformatora pochodzące z nieopublikowanej książki “Fatal Rebirth”, przekład której fragmentów można znaleźć na portalu https://pracownia4.wordpress.com. Cechy te przedstawiane są  jako charakterystyka osób zawodowo zajmujących się trollowaniem w internecie. Bazując na swoich bezpośrednich doświadczeniach przytaczam za nim te, które potwierdziły się u osobników, jakich niewątpliwą nieprzyjemność miałam spotkać w sieci . Płatni trolle nadewszystko unikają cytowania oraz podawania źródeł swoich sądów, a przeciwników wybierają bardzo selektywnie skupiając atak na kluczowych oponentach. Pojawiają się nagle w konkretnym gronie pozornie przypadkowo, wprowadzając nowy temat bez wcześniejszego udziału w ogólnych rozmowach. W przypadku spadku zainteresowania tematem - znikają. Charakteryzuje ich wyjątkowa odporność na ostrą krytykę i kompletny brak akceptacji rozmówców, bez względu na wszelkie dowody świadczące przeciwko nim, zaprzeczają wszystkiemu i żadna opozycja, choćby nie wiadomo jak silna, nie odwiedzie ich od wykonania zadania. Będą oni kontynuować stare schematy działania niczego w nich nie zmieniając, pomimo rozpracowania przez otoczenie ich gry, a wynika to z faktu, iż tak naprawdę nie obchodzi ich, co myślą o nich inni, stąd też nie starają się  poprawić swojego stylu komunikacji ani jej treści. Typowa jest też dla nich niespójność i przytaczanie wzajemnie sprzecznych informacji. W przypadku krytyki swojego mocodawcy, troll będzie się starał stłamsić dyskusję jeszcze w zarodku, zdeprecjonować krytykanta oraz osoby go wspierające, co zapewni mu przewagę w ewentualnych przyszłych konfrontacjach. Od osoby prezentującej przeciwne stanowisko będzie domagać się przedstawienia go na poziomie akademickim, podczas gdy sam używa lapidarnych argumentów i nie potrafi wskazać wiarygodnego źródła.W obliczu takich wymagań każde stwierdzenie jego oponenta pozbawia dyskusję sensu, a kto się z tym nie zgadza zostaje wyzwany od idiotów, albo obrażony za pomocą innych inwektyw. Troll będzie również prowokował rozmówcę do emocjonalnej, ośmieszającej w oczach innych odpowiedzi, która osłabi jego pozycję, a sam będzie wykazywał widowni, jak bardzo przeciwnik jest “wrażliwy na krytykę”. Jeśli ma taką możliwość na sam koniec wyciągnie najcięższą artylerię; zarzuci oponentowi kłamstwo, zagrozi sądem i zablokuje go tak, aby ten nie miał możliwości odpowiedzi.


PRZEGONIĆ TROLLA
Bezpośrednie spotkanie internetowego trolla i słowne z nim starcie może wywołać szok u co bardziej wrażliwych. Troll jest bowiem odporny na racjonalne argumenty, a działa poprzez wzburzenie oponentów, uniemożliwianie normalnej dyskusji, dezinformację i stosowanie inwektyw. Dyskusja z nim nie ma absolutnie żadnego sensu, a co mniej odporni mogą przypłacić ją rozstrojem nerwowym. Najłatwiej jest spotkać trolla na grupie dyskusyjnej, forach internetowych i w komentarzach pod artykułami prasowymi, ale potrafi on zaatakować również z prawdziwego bądź fałszywego konta na facebooku podszywając się pod znajomych znajomych. Kiedy zostaje zdemaskowany okazuje się, że nikt go tak naprawde nie znał, do znajomych dodał go ktoś przypadkiem, przez pomyłkę, albo na skutek krótkiej przypadkowej znajomości. Jestem skłonna przypuszczać, ze w „gorącym okresie” kampanii prezydenckiej czy parlamentarnej w każdej większej internetowej grupie, nawet jeśli ma charakter zamknięty – znajdzie się polityczny troll. Jest bardzo poważna szansa, ze ma go „wklejonego” ktoś z grupy znajomych na portalu społecznościowym. Jeśli jesteśmy regularnym użytkownikiem sieci spotkanie z płatnym trollem jest wcześniej, czy też później nieuniknione. Ważne jest jednak abyśmy umieli prawidłowo na niego zareagować, osłabić jego siłę rażenia i nie popaść w niepotrzebną frustrację.
Ataki trolli mają na celu indoktrynację, zmianę przekonań, poddanie w wątpliwość faktów, albo zaciemnienie prawdy. Istnieją jednak jednostki bardziej na nie narażone; są to typy generalnie bardziej podatne  na wszystkie nieuczciwe techniki wywierania wpływu. Podobnie jak i działaniom manipulacyjnym sekt, dezinformacji najłatwiej ulegają jednostki nieśmiałe, o zaniżonym poczuciu własnej wartości i małej odporności na stres. Należą do nich osoby o tzw. słabym autorytecie wewnętrznym, które bardziej niż na samych sobie polegają na innych, i w ich oczach szukają potwierdzenia. Podatni na wszelką manipulację są też ludzie o niskim poziomie wiedzy ponieważ  można im wmówić znacznie więcej, niż tym, którzy potrafią oprzeć się na swojej erudycji, skorzystać ze źródeł i porównać punkty widzenia. Również osoby o małym doświadczeniu życiowym, nie mając skali porównawczej ani doświadczeń do których mogliby się odwołać, częściej od innych ulegają dezinformacji, stąd trollom o wiele łatwiej jest „opętać” ludzi młodych, naiwnych i niedoświadczonych.

Kiedy więc uczestniczycie w dyskusjach, wymianie poglądów na portalach społecznościowych, na forach, czy też w grupach dyskusyjnych, decydujcie sami kiedy użyty został racjonalny argument, a kiedy macie do czynienia z celowym hejtem, dezinformacją lub oszustwem. Nie wahajcie się nazywać trolli po imieniu. Zarówno ci celowo starający się wprowadzić was w błąd, jak i ci, którzy zostali po prostu zmanipulowani, na ogół w takiej sytuacji wezmą nogi za pas. Nie można pozwolić się wciągnąć w żadną wojnę na argumenty, ani pozwolić unieść emocjom. Pamiętaj, że masz doczynienia z przeciwnikiem dużo lepiej od ciebie przygotowanym technicznie, psychologicznie, profesjonalistą nieangażującym się emocjonalnie wykonującym tylko swoje zadanie, a jego atak na ciebie nie jest personalny. Z moich doświadczeń wynika, że dobrze działa pogrożenie paragrafem 212 Kodeksu Karnego, mówiącym o pomówieniu. Na jego wspomnienie trolle na ogół zwijają manatki. Radosław Sikorski, faktycznie bowiem pozwał wydawców "Faktu" i "Pulsu Biznesu" za wpisy internetowe na ich forach. Warto też wiedzieć, ze osobie posługującej się w sieci nickiem (loginem), która została publicznie znieważona bądź oszkalowana, również przysługuje ochrona prawna, jeśli gotowa jest ona na ujawnienie swojej tożsamości. Potwierdzają to zarówno eksperci, jak i orzecznictwo sądowe.

Wygląda na to, iż trolling na stałe wpasował się do ogólnoświatowej kultury politycznej, i że owa profesja polegająca na uprawianiu płatnej nienawiści staje się równie popularna, jak najstarszy zawód świata. Miłość i nienawiść dwie przeciwstawne emocje, które najsilniej władają człowiekiem i które wydają się  najmniej skłonne poddaniu jego kontroli, można dziś bez trudu kupić za pieniądze. Warte zwrócenia uwagi jest, iż o ile instytucja płatnej miłości od zarania dziejów spotyka się w społeczeństwie z miażdżącym potępieniem praca w sektorze płatnej nienawiści została zaakceptowana bez większych oporów.