sobota, 25 maja 2019

BYLE DO WIOSNY



Pani Poseł Joannie Scheuring Wielgus, z partii Wiosna, dedykuję....




Ostatnio wpadł mi w ręce, a raczej wyświetlił się na Fb, ciekawy artykuł " Jak przygotować się na  śmierć swojego psa". Biorąc pod uwagę fakt, że niedawno i ja przeżywałam odejście mojego ukochanego psa Keksa, który żył ze mną 16 lat, nasunęło mi się jeszcze kilka istotnych rzeczy, które o pożegnaniu z ukochanym zwierzęciem pragnęła bym dopisać.

Ja do pożegnania mojego psa przygotowywałam się długo. Naprawdę długo. Prawie 2 lata.. Do 14 roku życia Keks żył zdrowy, i poza babeszjozą, którą skutecznie zwalczyliśmy, nie cierpiał na żadne poważniejsze choroby, wiec uważałam, że jest nieśmiertelny. Do weta chodziliśmy jedynie na szczepienia. Badać zaczęłam go prewencyjnie gdy miał już lat 14 i przy okazji wyszedł problem zanikającego jądra.
 To  nowotwór" zabrzmiał wyrok, i choć opisy w USG niekoniecznie wskazywały jednoznacznie, ostatecznie trzecie badanie w wykonaniu doktora Marcińskiego zdiagnozowało guz o małym stopniu złośliwości, a więc kastracja powinna wszystkiemu zaradzić. Pomimo banalności zabiegu ze względu na wiek psa zadbałam o jak najlepszego specjalistę (profesor Marek Galanty)

 W przewidywanym dniu zabiegu - rozwolnienie. Drobiazg? No, nie bo oznaczał dla nas odłożenie zabiegu o 2 tygodnie, a dla mnie rezygnację z zaplanowanych wakacji. Podczas zabiegu nie było komplikacji, po zabiegu też nie. Dwa dni później, doszło do poważnego ataku, którego powodu nie znam do tej pory, ale zdaniem wszystkich lekarzy nie był on w żaden sposób związany z samą operacją. W osłabionym zabiegiem organizmie,  ujawnił się jakiś problem pochodzący prawdopodobnie z przodomózgowia. Guz lub wylew. Pies wił się, przewracał, wstrząsały nim drgawki. Wezwana do domu weterynarz pani Kasia podała steryd i kazała czekać.

Nadeszła straszna noc. Noc, podczas której budziłam się co piętnaście minut i sprawdzałam czy żyje. Błagałam" Keksiu nie odchodź! Nie zostawiaj mnie! Nie jestem na to absolutnie jeszcze gotowa!"
Rano nastąpił cud, leki zadziałały, pies wstał, na razie nieporadnie, ale z czasem nastąpiła znaczna poprawa.

Trwała do grudnia. Na święta zaczął sikać w mieszkaniu - "To tylko zapalenie pęcherza" oznajmiło USG, ale to zapalenie pęcherza leczyłam przez 3 miesiące. W międzyczasie wyczułam powiększający się guzek na szyi. Pies piszczał cichutko przy zakładaniu szelek. Początkowo podejrzewamy powiększenie węzła chłonnego spowodowane stanem zapalnym. Niestety, w ciągu 3 tygodni guzek urósł pięciokrotnie. Kolejna diagnoza - kolejny nowotwór. Onkolog doktor Jagielski wyklucza na całe szczęście chłoniaka. Niestety, oczekiwanie na wizytę to kolejne 3 tygodnie, guz rośnie. Przezornie, jeszcze przed opinią onkologa, zapisuję się na termin do profesora Galantego, który teraz ze względu na własną chorobę operuje znacznie mniej i ma terminy konsultacji coraz bardziej odległe. Udaje się. W 3 dni po konsultacji z onkologiem, jestem już na konsultacji chirurgicznej u profesora. Ten, wskazuje na fatalne umiejscowienie guza Zajął obszar pomiędzy ogniwami nerwu trójdzielnego. Jakie są zagrożenia? Wszystkie. Od uszkodzenia nerwu, po śmierć na stole operacyjnym. Zasadność operacji - wątpliwa. Wtedy błagam. Błagam, bo nie jestem jeszcze gotowa. Chcę walczyć jeszcze raz o życie mojego psa.
Udaje się po raz kolejny. Keks przetrzymuje operacje.

 Guz zostaje wycięty, niestety Keks ma uszkodzony nerw twarzowy, którego nie dało się wyizolować. Na całe szczęście nie utrudnia mu to życia. Je i pije normalnie, błyskawicznie dochodzi do siebie po operacji. Znów wierzę, że już teraz będzie zdrowy, chociaż profesor uświadomił mnie, że umiejscowienie guza uniemożliwiało wycięcie koniecznego zapasu. Od tej pory, będzie chodził z tykającą bombą zegarową - dużym prawdopodobieństwem wznowy nowotworu. Jeszcze nie jestem gotowa.

Mija kolejne 8 miesięcy. W międzyczasie dowiaduję się, że muszę się wyprowadzić z mieszkania, które zajmowałam 8 lat. 8 lat to połowa życia Keksa. Wiem, że to co dla mnie jest fatalną uciążliwością w niefortunnym terminie, dla niego będzie tragedią. Stary pies,pozbawiony wszystkich swoich kątów, zapachów spacerów, psich znajomych, wrogów i przyjaciół zgaśnie. Wiem o tym, a ciągle nie jestem gotowa.

Mieszkanie wybieram wyłącznie pod potrzeby schorowanego psa. Przede wszystkim, jest w ogóle możliwość wprowadzenia z psem (o co w Warszawie bardzo trudno). Parter, puste, wiec mogę wstawić wszystkie rzeczy, które on zna i z którymi się dobrze czuje. Nawet nie pytam o nic więcej. Biorę bez targowania. Za 3 dni przeprowadzka. Pies już wtedy regularnie nie trzyma moczu. Zanim wpadnę na pomysł pampersów, co drugi dzień sprzątam windę. Najgorzej jest rano, kiedy spieszę się do pracy. Na spacery wychodzę więc z plastikowym pudełkiem -  nocnikiem.

Chcę żebyście wszyscy o tym wiedzieli. Mieli tego świadomość. Opieka nad starym schorowanym psem nie jest dramatyczna- jest cholernie epicka. Mocz, kał, czasami wnoszenie ponad dwudziesto kilowego psa po schodach. I tak w dzień, w dzień. Dobrze jest o tym wiedzieć, dobrze jest mieć tego świadomość, żeby w tym wytrwać. Tak Pani Poseł. To nie jest kichanie, ani nawet wysypka. Znam ludzi, którzy rok cały, wynosili niedołężnego dużego  psa na rękach z trzeciego piętra bez windy. Widywałam starą schorowaną kobietę, która codziennie wynosiła na szelkach wielkiego wyżła. Znam historię o dogu, którego wynosi na spacer drużyna ochotników. Moja sąsiadka też znosiła przez kilka tygodni swojego niechodzącego psa. To nie są pojedyńcze przypadki. To nie jest jakiś jeden odosobniony akt heroizmu. Po prostu przyzwoici ludzie tak postępują.

Za 3 dni przeprowadzka. Jest po 22, rozmawiam przez telefon, kiedy widzę u Keksa objawy kolejnego ataku.  Rzucam telefon, zwożę psa na parter. Od mojej klatki do parkingu jest dość daleko. Boję się, ze nie doniosę go na rękach tak, aby go nie upuścić, ani mu nie sprawić bólu. Krzyczę do przechodnia, którego widzę "Błagam Niech mi pan pomoże. Mój pies umiera!" Mężczyzna bierze Keksa na ręce i zanosi do mojego samochodu. Jadę, łamiąc wszystkie możliwe przepisy. Pies zostaje w klinice, odbieram go na drugi dzień. Jest lepiej, ale w dniu przeprowadzki stan się znów pogarsza. Z bezsilnością patrzę jak nieznani ludzie kręcą się po moim domu, gdy mój pies gaśnie. Wynoszą rzeczy, które mają dla niego znaczenie, wszystko znika jak sen. Ja sama funkcjonuję jak automat. Mogę coś zawijać, odwijać, pakować, nosić, znosić, ale mam kłopot z podjęciem jakiejkolwiek decyzji. Dziękuję Bazyl, bez ciebie przeprowadzałabym się chyba jeszcze z dwa tygodnie. Na koniec zostajemy w pustym mieszkaniu ja i Keks. Chcę go przewieźć, jak tam już wszystko będzie gotowe. Śpię na podłodze, bo niczego więcej w mieszkaniu już nie ma. Przykrywam się szlafrokiem, rano znowu pies dostaje ataku. Znów wiozę go do kliniki. Tym razem dostaje zastrzyk ze sterydu i wyrok. Jeśli za 3 dni się nie poprawi - nie ma go sensu męczyć. Ale ja jeszcze nie jestem gotowa.

W nowym mieszkaniu przez 2 dni pies leży bez życia. Trzeciego dnia wychodzi z kenelu, zaczyna chodzić. Nastąpiła poprawa ale niespodziewanie odzywają się konsekwencje uszkodzenia nerwu podczas poprzedniej operacji Na rogówce oka robi się wrzód. Okulistka ostrzega, że może nastąpić konieczność amputacji gałki ocznej. Keks nigdy nie pozwalał sobie zakraplać żadnych lekarstw do oka. Okulistka rozkłada ręce, próbujemy mu coś zakroplić we dwie. Wychodzi to z trudem. Sama nie mam szans sobie poradzić. To oko. Działając nieostrożnie przy szarpiącym się psie  mogę je uszkodzić zakraplaczem. Proszę o maść. Nie jest łatwo, ale wkładam ją szamoczącemu się psu  do oka 4 razy dziennie. Z czasem jest coraz łatwiej. Wygraliśmy. Na to oko już widział nie będzie, ale gałkę uratowaliśmy. Drugie oko jest sprawne i bez zaćmy. Spacery liczą teraz kilka kroków i pełnią tylko funkcje psychiczną. Niekiedy muszę go wnosić, bo nie chce iść po schodach, szczęście, że teraz mieszkamy na parterze. Pies wypróżnia się do pampersa, niekiedy kręci w kółko i przewraca. Ja jeszcze ciągle nie jestem gotowa.

 Pies je, pije, wychodzi na spacer, słabo bo słabo ale reaguje na gości. Niekiedy wychodzi do nich, pozwala się głaskać. To jeszcze nie ten czas - mówię.  Najgorsze są dni kiedy nie ma mnie całe dnie w domu. Pracuję. Czasami znajduję go między ścianą a materacem, Spada i klinuje się. Ponieważ bezustannie czyszczę go z kału i moczu i jednocześnie zakraplam mu oczy w kółko muszę dezynfekować ręce spirytusem. Nie ma możliwości wzięcia urlopu w pracy na opiekę nad chorym psem. Nie ma ubezpieczeń, Za wszystko płacisz i patrzysz z przerażeniem jak dziesiątki złotych rosną do setek, potem do tysięcy. Wszystkie lekarstwa pełnopłatne. Jak uprosisz weterynarza, dostaniesz może ludzki zamiennik, chociaż lecznice nie pozwalają im ich przepisywać. Płacisz 100% a i tak jest kilka razy taniej, niż wykupywanie leków weterynaryjnych w lecznicach. Chcę żebyście to wszyscy wiedzieli. Żeby was to kiedyś nie przerosło, kiedy będziecie opiekować się waszymi starymi i chorymi psami. Pani nie będzie, pani poseł, bo pani je oddała zanim zdążyły się zestarzeć. Teraz może ktoś inny robi to za panią.Ii chociaż prawdopodobnie ma wielokrotnie niższe od pani dochody - musi sobie jakoś z tym poradzić.

W międzyczasie, u Keksa, pojawia się krew w moczu. Dodajemy antybiotyki, robimy USG. Spodziewam się zapalenia pęcherza. Jest kolejny guz na śledzionie. W lecznicy proponują operację. Pytam, ile procent, że ją przeżyje, albo, że po zabiegu nie oddadzą mi rośliny, którą i tak będę za chwilę zmuszona uśpić. Odpowiedź jest mętna. Lecznice też służą do wyciągania pieniędzy, czasami bardzo cynicznie.

Nadchodzi czas długo wyczekanej wizyty u neurologa  doktora Sobczyńskiego. Ostatnia nasza wspólna podróż na Bemowo. Doktor ogląda Keksa. Patrzy na mnie i na prawie 17 letniego psa i chyba nie wie czego od niego jeszcze oczekuję. Potwierdza istnienie guza śledziony, sugeruje że źródło przerzutów nowotworu może pochodzić z przodomózgowia. Obydwoje wiemy, że zrobienie rezonansu nie da nam już w tym stanie nic oprócz wiedzy. Doktor mówi, że jeśli guz na śledzionie rozleje się podczas mojej nieobecności pies może odejść w męczarniach. "Jeśli nastąpi pogorszenie, proszę długo nie czekać"  mówi. Ale ja jeszcze wtedy nie jestem gotowa.

Dwa dni później Keks samodzielnie schodzi i wchodzi po schodach. Gdzie z tyłu głowy pojawia się myślenie. A może jednak ta trzecia operacja...

Jest 8 marca, Dzień Kobiet.Wracam do domu. W rękach mam kilka kwiatów. Wchodzę. Keks zrzucił pampersa, leży we własnym moczu i nie może się podnieść. Rzucam kwiaty, podnoszę go. Pomimo naszpikowania sterydami, zaczyna znów chodzić w kółko i się przewracać. Podaję leki neurologiczne, poprawy nie ma. Wynoszę go na spacer. Z trudem robi kilka kroków wzdłuż bloku. W nocy, nawet nie wstaje żeby iść do miski żeby się napić, Rano leży zwinięty w kłębuszek bez ruchu.

Wtedy zrozumiałam, że nigdy nie będę naprawdę gotowa.

Pozwoliłam odejść Keksowi 9 marca o godzinie 11. Byłam z nim razem do samego końca. Do ostatniego uderzenia jego serca. Pewnego dnia i wy będziecie to musieli zrobić. Nie potrafię wam dać żadnej sensownej rady, jak sobie z tym poradzić i jak przez to przejść. Ani skąd wiedzieć, że to właśnie ten moment. Mogę was tylko pocieszyć, że ten potworny ból, który rozrywa serce, z czasem staje się coraz bardziej tępy, przytłumiony. Że cieszę się, że już dłużej nie cierpiał, że zastanawiam się, czy nie lepiej było dać mu odejść spokojnie Jeszcze w jego starym domu, nie narażać go na stres przeprowadzki.

Potem zawiozłam mojego ukochanego psa do Łodzi I tam go pochowałam. Nie pamiętam drogi autostradą. Pamiętam tylko zjazd z A2 na A1, kiedy pada już tak bardzo, że nie widzę trasy i zaczynam zwalniać. Potem pamiętam rondo. Reszta jest tak nierealna i nierzeczywista, że odnoszę wrażenie, że to nie ja uczestniczyłam w jego ostatniej drodze, nie ja go przywiozłam i nie ja go pochowałam. Odczuwam jakąś dziwną depersonalizację, to wszystko nie jest realne. Czas zaciera ślady a pamięć wrasta w kamień.

A jeszcze  jedno. Nie spodziewajcie się, że  większość osób zrozumie, co czujecie i co się dla was właśnie stało. Być może nawet wasi najbliżsi was nie zrozumieją i nie oczekujcie od nich zrozumienia, bo poczujecie się bardzo zawiedzeni. Doceńcie natomiast tych, którzy wam to zrozumienie ofiarowali. Nawet jeśli jest ich niewielu. Nie zdziwcie się też, że z czasem zaobserwujecie jak bardzo pogłębiła się przepaść pomiędzy wami, a tymi, którzy was nie zrozumieć nie potrafili. To nieuniknione.

I ja też pani nie rozumiem Pani Poseł. A przepaść między nami pogłębiła się niemiłosiernie. Sama zima Pani Poseł, zima jak cholera.

https://tvn24.pl/polska/joanna-scheuring-wielgus-oddala-psy-do-schroniska-jest-odpowiedz-ra937611-2303174

niedziela, 19 maja 2019


JEZUS SKARYSZEWSKI

(Opublikowane w antologii "Obłoki spod kopyt, w grzywie wiatr" 2018
Biblioteka Związku Literatów Polskich Oddział Łódź  ISBN 978-83-932835-6-9

Za miastem świt swym blaskiem
błogim oświetlał drzewa.
Pustą drogą pod laskiem
szedł Piotr ze Skaryszewa.

Równym, miarowym krokiem
opuszczał targowisko,
nie minąwszy swym wzrokiem
koni spętanych w ścisku.

Choć rżały z bólu wściekle,
choć transport stał gotowy
stłoczony w TIRów piekle,
Piotr nie odwrócił głowy.

Choć biczem je chłostali,
wyruszył z targu z rana,
lecz spostrzegł jasność w dali
i upadł na kolana.

W zdumieniu głos mu zakrzepł
w szept „Ouo vadis Domine?!”
Jezus rzekł „Zły to Pasterz,
co opuszcza stadninę”

I twarz swą zakrył dłońmi
zatroskany srodze
„Idę, aby być z końmi
na ich krzyżowej drodze

Tako powiadam tobie:
Jam zrodzony w stajence,
jam na świat przyszedł w żłobie,
koń jest mym bratem w męce.

Stąd, przeklęte te mury!
Przeklęci handlarze!
Przeklęty Herod, który
targów nie zakaże!”

W wielkie wpadł Piotr zdumienie,
krzyknął „ Kazałeś Panie
poddaną czynić ziemię
i wziąć we władanie!”

Lecz Pan w milczeniu odszedł
wielce zniesmaczony.
Póki nie pojmiesz Piotrze -
nie będziesz zbawiony.

W łez końskich Chrystus strugi
przeniknął jak miraż
„Idę umrzeć raz drugi”-
rzekł. I wsiadł do TIRa

***
Rozpostarł swe ramiona
i łkał Ojciec Niebieski
gdy w rzeźni z końmi konał
Jezus Skaryszewski.

Renata Kurcil

środa, 6 września 2017

CO SIE STAŁO Z NASZĄ KLASĄ ROCZNIK 1966 ?

Z założenia tu na blogu miało być bez poezji, ale każdy człowiek jest odrobine próżny, a moją próżnością było napisanie piosenki pokoleniowej. Nie umiem komponowac melodii, a doskonale się czuję w różnych parafrazach , metatekstach, takich formach, które przez porównanie z tekstem źródłowym nabierają dodatkowych znaczeń i w taki oto sposób wziełam na tapetę "Naszą klasę" Jacka Kaczmarskiego. Jacek był prawie o dekadę starszy, miał inne przeżycia pokoleniowe i inne z tym związane refleksje. Inne też wydarzenia historyczne determinują losy jego "klasy", niż tej mojej, urodzonej w latach sześćdziesiątych. I to mi dało fajny punkt wyjścia.


Kiedy w rozmowie która ukazała się na portalu http://www.panorama
-miast.com.pl  01.08.1998 dziennikarz pyta się Kaczmarskiego - Co się
 stało z "Naszą klasą" w latach dziewięćdziesiątych? Jacek odpowiada ;
 "Nastąpiło to samo zjawisko, które  dotyka wszystkie pokolenia Polaków.
Grupy pokoleniowe, które żyły tymi samymi ideałami, rozrywkami i emocjami, 
rozsypują się po świecie. W naszym pokoleniu o rozproszeniu
 klasy zadecydował stan wojenny, w poprzednim - Powstanie Warszawskie,
 jeszcze wcześniej - rozbiory. To jakby polska specjalność.
A nowa rzeczywistość lat dziewięćdziesiątych jest mniej widocznym
kataklizmem dla stosunków międzyludzkich, trudnym do zdefiniowania."

 Jeśli rzeczywistość lat dziewięćdziesiątych Kaczmarski postrzegał jako kataklizm 
dla stosunków międzyludzkich trudny do zdefiniowania, to  rzeczywistość, której 
on już nie doczekał czyli drugiej dekady XXI wieku zdaje się stawac tworem 
symultanicznym i schizofrenicznym albowiem w Polsce obecnej istnieją dwie
 rzeczywistości i każda zdaje się być dla ich użytkowników prawdziwa.
Tym samym doskonale zdaję sobie sprawę , ze gros moich znajomych "z drugiej 
strony tej bariery” tego tekstu nie zobaczy, bo już dawno wyrzucili mnie ze znajomych
 na Fb, ani nie zaglądają na mój blog. I w ten oto sposób wszyscy żyjemy sobie w 
szklanej bańce i dwóch oddzielnych rzeczywistościach, dalece od siebie odbiegających..

NASZA KLASA ROCZNIK 1966

Co się stało z nasza klasą, co się stało z tamtym składem?
Czy pamiętasz dawne chwile, czy podążasz za ich śladem?
Czy wspominasz  szmat wydarzeń , tych na "Zdrowiu", tych w "Ariadnie",
dawne czasy, dawne twarze, co w pamięci tkwią bezładnie?
co w pamięci tkwią bezładnie?

Czy pamiętasz  pierwsze „skóry” kupowane na bazarze
I sukienki z prześcieradła – farbowane w wielkim garze
Pierwszą muzę, pierwsze płyty, te z zachodu przywiezione
przegrywałeś na Grundigu, na kasetę BASF z „Baltony”,
na kasetę  BASF z „Baltony”



















Pierwszy koncert w Jarocinie, pierwsze jointy, pierwsze chlanie.
Brak stempelka „zatrudniony”, przed milicją uciekanie.
Porzucona pierwsza szkoła, twoja wolnośc, twoja racja.
Stan wojenny juz zniesiony, pierwsze słowo – "emigracja",
pierwsze słowo –"emigracja".

Co się stało z naszą klasą? Co się stało w naszej szkole?
Kto szmal duży z cieżarówki po okrągłym zrobił stole?
Kto zapłakał zza granicy, kiedy dolar na łeb spadał?
A kto sobie podciął żyły tracąc, co pięć lat odkładał?
tracąc, co pięć lat odkładał?

Pod unijną pijąc  flagą  tak cieszyłeś  się tym majem,
by wytrzeźwieć w Europie , co się twoim stała krajem.
Ktoś sie zbiesił, ktoś powiesił, kogoś wspólnik orżnął skrycie,
ktoś powiedział , „ja wyjeżdżam, ja mam tylko jedno życie”,
„ja mam tylko jedno życie”.



















Kto pamiętał o wolności gdy epoka przyszła nowa?
Jednym ciągle rosły dzieci , drugim zdolność kredytowa.
Twoje  włosy posiwiały, gdyś tabelki w korpo składał,
dzieci prędko dorastały , kiedy Lehman Brothers padał.
kiedy Lehman Brothers padał.

Frank szybował, tyś wariował, bo cię nie wziął Bóg w  opiekę
a komornik nie żartował i ci wszedł na hipotekę.
Czyś się wtedy upił z żalu, czyś był może jeszcze chory?
Czyś zapomniał dawne czasy? - boś nie poszedł na wybory.
Boś nie poszedł na wybory.

W jakim kraju sie zbudziłeś, z której strony tej bariery,
komuniści i złodzieje, czy katole i mohery?
Kiedy pękły wszystkie mosty , a ideał sięgnął bruku?
Dzisiaj kumpel za twe posty, cię opluwa na facebooku,
cię opluwa na facebooku.













Czy pamiętasz te ogniska, wolność, pokój – piękną bajkę,
gdy przy reggae nabijałeś jedną wielką wspólną fajkę?
Tu "hippisi" – tam "czerwoni" , każda nazwa dziś się zmienia,
ale kto jest „my” – kto „oni”- to jest tylko punkt leżenia,
to jest tylko punkt leżenia.

Jedno słowo – „pokolenie”, jedno drzewo i roczniki.
Choć te same masz korzenie, chociaż inne czcisz pomniki,
czyś zapomniał dawne chwile, czy w pamięci coś zostało,
by zrozumieć chociaż tyle , co się z nasza klasą stało?
co się z nasza klasą stało?




czwartek, 13 lipca 2017

MLEKO SIĘ ROZLAŁO - ALE WCZEŚNIEJ SKISŁO

Pani Marii Misztal - dziennikarce GW Opole i autorce artykułu "Urządzili obławę na rannego psa. Najpierw widły potem uśpienie"- zarzucono na łamach portalu Głuchołazy online nierzetelność oraz stronniczość. Za to  bezstronność i rzetelność  samego portalu - aż poraża. I to zarówno tak  formą, jak i treścią.



Po przeczytaniu pierwszego artykułu w portalu Głuchołazy online ”Mleko się rozlało – jak było naprawdę” z wielkim zainteresowaniem oczekiwałam na aktualizację artykułu o opinię lekarza weterynarii, która to miała być wiarygodnym wskazaniem do dokonania eutanazji na psie – agresywnym owczarku niemieckim.

 Ku mojemu wielkiemu rozczarowaniu cała owa opinia okazała się być niemalże tak samo wiarygodna, jak i cała reszta artykułów. Mam bowiem od czasu do czasu do czynienia z lekarzami weterynarii, i z całą pewnością  potrafią oni na podstawie badania powiedzieć o stanie zdrowia psa trochę więcej niż ja sama mogę zaobserwować. Natomiast przytoczone tu orzeczenie nijak profesjonalizmem nie trąci. Stwierdzenie iż „pies powłóczył nogami” z  używanym przez adeptów weterynarii językiem nie wiele ma wspólnego, podobnie jak i cytowany wielki pean ku czci larw much. Pean, bo wielokrotnego z emfazą wręcz powtarzania przez autora artykułu  tego zwrotu inaczej nazwać nie można. "Pies miał ranę kłutą jamy brzusznej, z której wysypywały się larwy much. Miał rany po lewej stronie, rany na skórze w okolicach stawu biodrowego i w okolicach karku, z których również wysypywały się larwy much. Cała skóra była pokryta larwami much.", i dalej za jakiś czas następuje kolejna wzmianka " i już było widać, że ma larwy much na jednej z łopatek"

I tu muszę przerwać.. Hola, hola! Droga Redakcjo Portalu! Chciałam nieśmiało przypomnieć, że wcześniej w artykule "Mleko się rozlało - jak było naprawdę" przeczytałam że pies w ogóle nie miał łopatki. "Oględziny psa przez weterynarza wykazały, że pies nie miał boku, nie miał łopatki.(sic!). Ten cytat chyba pochodzi z waszego artykułu, czyli ja rozumiem, ze jednej łopatki nie było wcale, a z drugiej wychodziły te larwy, czy jak? Ja osobiście zaczynam po tym opisie już powątpiewać, czy to w ogóle był pies, czy też może po prostu worek z larwami much, a wszyscy postronni ulegli zbiorowej halucynacji.

Niestety – przeczytałam w poprzednim artykule - przy tym odkrył, (lekarz weterynarii, bo o nim tu mowa), że zwierzę ma uszkodzenie jamy brzusznej - przerwaną otrzewną i wypływające na zewnątrz ciała wnętrzności - jelita",  i z wypiekami na twarzy szukałam  pośród opinii weterynaryjnej informacji o owym przerwaniu otrzewnej. Natomiast ku mojemu wielkiemu zawodowi, w drugim artykule, tym zaktualizowanym, o jelicie "ani mru, mru". Doczytałam się za to w owym lekarskim orzeczeniu, że pies miał 9 lat, był wyczerpany i w ranie były larwy" - Faktycznie przyznaję, wszystkie medyczne przesłanki do eutanazji psa zostały spełnione. W końcu i 9 lat i  zmęczenie i larwy w ranie. Nic tylko zabić. 

Natomiast w końcu o rzekomym "jelicie" dowiedziałam się nie z wypowiedzi lekarza, tylko z relacji  świadka, pana Radnego Adama Łabazy, tu cytuję: "w pachwinie miał (pies) paskudną ranę, z której coś wyłaziło. Nie wiem czy to larwy czy jelita." Uff! Panie Adamie! Musi pan chyba przyznać, że takie stwierdzenie zbytniej wnikliwości w oględzinach nie wykazuje. A  jeśli nasza obserwacja ma być przyczynkiem do czyjejś śmierci, to wymagałaby wykazania odrobiny powagi i szacunku dla życia. W końcu nie trzeba być chyba nawet radnym, żeby po uważnym przyjrzeniu się umieć odróżnić jelito od robaka. No, chyba że  byłby to robak z filmu "Obcy Ósmy Pasażer Nostromo", wtedy faktycznie z rozróżnieniem może być trochę większy problem.

Uwaga! A teraz  będzie medyczny hit, o którym wcześniej przeczytałam, a który w żaden sposób nie został przez weterynarza potwierdzony!  Otóż, w pierwszym artykule napisano, że u psa " prawdopodobnie po jakimś wypadku, potyczce z innym zwierzęciem, prawa strona była bezwładna" Zrozumiałam więc, że pies nie mógł z powodu paraliżu posługiwać się prawą łapą przednią i prawą łapą tylną, a przed Strażą Miejską uciekał w zarośla  biegnąc na lewej tylnej i lewej przedniej, i oczekiwałam od medycznego autorytetu potwierdzenia tego fenomenu. A tu skucha!

Droga Redakcjo! – pozwolę sobie więc zwrócić uwagę, iż to, co napisaliście wcześniej, to już jest naprawdę science fiction, i dodam że względu na anatomiczną budowę psa -  to jest  kompletne zaprzeczenie wszelkim prawom fizyki. Oczywiście nic dziwnego, że w orzeczeniu anonimowego lekarza (jak ktoś jest anonimem zresztą, to ja mam prawo sądzić że jest tylko wytworem czyjegoś umysłu i że w ogóle nie istnieje, bo nie ma na to żadnych dowodów) - o takowym paraliżu wzmianek brak. I nie dziwota. Konia z rzędem bowiem temu, kto wcześniej nic wysokoprocentowego nie spożywając, tak poruszającego się czworonoga kiedykolwiek widział nawet w animowanych kreskówkach.

Reasumując Szanowna Redakcjo, z  pierwszego waszego artykułu wynika niezbicie że pies tak naprawdę  już wprawdzie z powodu licznych schorzeń nie żył, ale ciągle jeszcze biegał i był agresywny. Z opinii weterynarza natomiast dowiadujemy się ze był w agonii,  a owa wcześniej zaobserwowana u niego niezwykła agresja polegała głównie na tym, że "leżał we wodzie", przy czym o innych jej przejawach wzmianek brak.
Nadmieniam, że jakiś czas temu przestudiowałam książki dwóch najwyższych autorytetów naukowych w dziedzinie psiej agresji Joela Dehasse i Jamesa O`Heare oraz uczestniczyłam w licznych seminariach poświęconych agresji u psów, a o takim wyznaczniku agresji jeszcze nie słyszałam. Musicie chyba zwołać w tej sprawie naukowe sympozjum, bo żaden z wspomnianych przeze mnie naukowców o takim przejawie agresji jeszcze nie napisał, i powiem szczerze poczułam głębokie zaniepokojenie, że jak dłużej zdarza mi się leżęć we wodzie, to może ta agresja u mnie też się pojawia...Aż strach pomyśleć.

I na koniec hit ostatni. I to już jest naprawdę absolutne mistrzostwo. Wypowiedź świadka, Pana Radnego Adama Łabazy, która zdaniem redakcji portalu przytoczona pośród innych argumentów głównie dotyczących smrodu ma być jedną z przesłanek tłumaczących konieczność dokonania eutanazji na psie, Otóż wpłynąć miał na nią fakt, iż "Ten pies przyszedł z Czech. Tu nikt takiego psa nie miał. " I rzeczywiście, przecież  niemiecki owczarek długowłosy to rasa w Polsce zupełnie nie znana i takich psów w Polsce nie ma wcale. Pies na pewno szczekał po czesku, i nie można się z nim było dogadać, więc trzeba go było uśpić, bo nie było innego wyjścia.

Co do dogadywania się Droga Redakcjo, z pewną taką nieśmiałością zasugeruję, że po polsku wy, hm....  też nie za bardzo. Czego dowodem jest między innymi ostatnia fraza, jaką zacytuję, a jaka według was została wypowiedziana przez pana radnego, mianowicie "Pies miał długowłose umaszczenie".  (umaszczenie – słownik PWN «barwa sierści zwierzęcia»)

Szanowny Panie Radny Adami, jeżeli jakikolwiek dziennikarz napisałby, że z moich ust padło takie określenie, a nie miałby tego nagranego - to bym go pozwała. A jeśli miałby nagrane takie przejęzyczenie, a go (kierując się szacunkiem do rozmówcy) nie poprawił, to zerwałabym z nim wszelkie kontakty, i nigdy więcej nie udzieliłabym mu żadnej wypowiedzi. Bo to oznacza, że jest albo bardzo złośliwy, albo że nie umie mówić po polsku, a więc w obydwu przypadkach jest niebezpieczny dla budowania wizerunku swoich interlokutorów. Na koniec dodam, że ze stopki portalu Głuchołazy online wynika, iż "Wszyscy nasi dziennikarze posługują się legitymacjami prasowymi". I tym razem przyznam, że to bardzo słuszne posunięcie, bo gdyby nie te legitymacje, to sądząc po dokonaniach nikt by ich z całą pewnością nigdy z dziennikarstwem nie skojarzył. A tak na marginesie, czy to portal za fundusze publiczne?

Szanowni Panowie. Przecież wy wszyscy nie potrzebujecie żadnego hejtu ani żadnego zmasowanego ataku internautów ani GW - wy się sami nawzajem swoimi kolejnymi zdjęciami, wypowiedziami i publikacjami wykańczacie i ośmieszacie.

https://glucholazyonline.com.pl/wiadomosci/2291-mleko-sie-wylalo-jak-bylo-naprawdehttps://www.glucholazyonline.com.pl/wiadomosci/2309-mleko-sie-rozlalo-sprawa-uspionego-psa-zatacza-szersze-kreghttps://www.glucholazyonline.com.pl/wiadomosci/2309-mleko-sie-rozlalo-sprawa-uspionego-psa-zatacza-szersze-kreghttp://opole.wyborcza.pl/opole/7,35086,22077759,urzadzili-oblawe-na-rannego-psa-najpierw-widly-potem-uspienie.html

niedziela, 25 czerwca 2017

W MOICH SNACH WCIĄŻ WARSZAWA I DO GROSZA WCIĄŻ GROSZ...


Wypada coś zdaję sie napisać, bo kolejnego reportażu w tym roku nie będzie. Zaniedbałam mój blog, bo zapierdzielam na realizacje moich priorytetów, zaniedbałam mój bilans pięćdziesieciolatka, tak samo jak zaniedbałam moje mieszkanie i starych znajomych. Niestety  z powodu choroby mojego psa nie zrealizuję też w tym roku mojej zakaukaskiej podróży do Armenii i Azerbeidżanu, o której marzę już od 5 lat, a która zdazyłam już zorganizować...

A miało być tak pięknie, miało nie wiać  w oczy nam....;-) https://www.youtube.com/watch?v=QnVnrozzaDY 


W każdym razie apeluję za każde spóźnienie lotów obciążajcie linie lotnicze, bo w sytuacjach skrajnych one skrupułow nie mają, straciłam cały koszt rezerwacji...Nie żałuję.....Wszystko jest po coś, są rzeczy ważne i ważniejsze. Dla pocieszenia od dawna już marzę o tym, żeby zacząc malować dobrymi pędzlami i dobrymi farbami, które leżą i czekają w szufladzie...Wreszcie będę miała na to czas. Udane prace przekażę na bazarki na rzecz zwierząt...

I nie ważne że świat w którym przyszło ci żyć , lepszym wydawał się być . Nie ważne....https://www.youtube.com/watch?v=XKvVzutgoac


Być czy mieć? Mieć aby być. Nie udawajmy złudzeń, Po pierwsze musisz mieć, potem możesz zużyć to co masz, żeby móc być sobą....Robię rzeczy, za którymi nie przepadam, ale czekam na ten moment , kiedy powiem DOŚĆ! i przełożę ilość zer na koncie, na mój plan. Lekko nie idzie, zapewniam wszystkich, którzy mi źle życzą. Możecie się pocieszyć,  nie jestem farciarzem.
Zostawiłam Łódż mając prawie 40 lat z pełną świadomością, że muszę budowac mój świat od nowa w wieku, w którym budowanie jet już bardzo trudne, i myślę nawet, że decyzja „wrócic czy zostać „ - była już trochę przypadkowa. Nie żałuję...Warszawa, nauczyła mnie bardzo wiele. Nauczyła mnie, że jesteś tym, kim pragniesz być....Dlatego tym bardziej nie godzę się z tym, co zadziało się w Polsce na przestrzeni ostatnich lat. Nie godzę się z rozdawnictwem, nie godzę się z mordowaniem klasy średniej, jaką reprezentuje obecna władza. Nie godzę się z utrudnianiem zycia tym, którzy w poszukiwaniu lepszego życia zapłacili już własną cenę, a teraz muszą płacić kolejny  haracz tym, którzy takiego ryzyka nie podjęli .


´Tacy sami, a ściana między nami”.https://www.youtube.com/watch?v=pyewz3w3pnA


Chcesz podyskutować? Zapraszam na priv. Opowiem ci jak jest i jaką cenę płacisz, aby zmienić swoje życie,kiedy zostawiasz wszystko i wyjeżdżasz, aby lepiej żyć...A ty sobie przemyślisz, czy siedzenie, biadolenie i pobieranie 500+ jest tego warte. I może sobie uświadomisz, dlaczego ty nie zrobiłeś tego samego, co ja...
Chcesz mnie nazywać lewakiem? Proszę bardzo. Dla mnie to komplement. Popieram partię Zieloni i będę na nią głosować, licząc na poprawę losu tych, którzy głosu nie mają - losu zwierząt. Chcesz mnie nazwać liberałem? Proszę bardzo, chociaż prawicowa centralna PO nigdy mi nie odpowiadała przez swój konserwatyzm, ale  jestem liberałem – Nigdy nie wyciągałam po nic ręki do państwa, podjęłam konieczność pracy, jaką oferował mi wolny rynek, i pomimo iż jej nie lubiłam, pracuję w niej do dziś, tylko po to, by zrealizować swój cel. 

Zniknie Warszawa tak jawa ,tak jak sen , życie to nie zabawa, dobrze to wiem........https://www.youtube.com/watch?v=gkRvT0Ewi6M



poniedziałek, 24 października 2016

PANU BOGU ŚWIECZKĘ I DIABŁU OGAREK





Mówiąc szczerze zaczynam być coraz bardziej zmęczona dyskusją o aborcji. Tak, czuję się w tym temacie równie wypalona jak ktoś kto pracuje z ofiarą przemocy domowej, która po raz kolejny po pobiciu wycofuje zawiadomienie o przestępstwie. A wycofuje bo wprawdzie on ją sprał, ale to przecież ona go sprowokowała. I poza tym on wcale jej mocno nie bije. Zabierając głos w dyskusji o aborcji mam wrażenie, że kolejny raz przerabiam temat picia z żoną alkoholika, która po raz setny powtarza mi rozpromieniona „Ale on mi dzisiaj obiecał, ze przestanie pić. Ale on jest taki dobry....”

Według raportu Instytutu Statystyki Kościoła Katolickiego sprzed 4 lat wynika, że polski Kościół Katolicki opiera się przede wszystkim na kobietach. Jedyny więc wniosek jaki  z tego płynie drogie panie świadczy o tym, że  cierpicie w większości na syndrom sztokholmski, bo ta instytucja pluje wam coraz dobitniej w twarz, a wy nadal odczuwacie w stosunku do niej przywiązanie. 26 lat temu zakazali wam prawa do aborcji i nazwali to kompromisem, a wy bez większych sprzeciwów się na to zgodziłyście.Wygląda na to, że uznałyście, ze jest wam z tym fajnie. Teraz będą chcieli to prawo jeszcze zaostrzyć. Cóż, chyba nadal jest wam z tym dobrze.W przyszłości zakażą antykoncepcji? To będzie jeszcze lepiej! Stworzą system wspierający bezradność i zależność kobiety poprzez instytucje zapomóg, dodatków, które odbierają motywacje do pracy? – O! Będzie rewelacyjnie! Z roku na rok ograniczają coraz bardziej wasze prawa, odmawiają wam człowieczeństwa, domagają się od was coraz bardziej heroicznych ofiar, a wy całujecie i najprawdopodobniej nadal będziecie całować tę rękę, która wam za przeproszeniem grzebie w majtkach.

Czarny protest w 2016 roku poszedł wszędzie, ale pod  siedzibę Episkopatu już nie doszedł. Pokazałyście środkowy palec, ale chyba nie do końca tym, którym go trzeba było pokazać, bo poprzedniego dnia niedzielna msza nie świeciła wcale pustkami. Ja niestety wobec tego faktu muszę zgodzić się po raz pierwszy z hierarchami, że Kościół Katolicki to nie jest miejsce dla osoby, która popiera prawo do aborcji. I że to absolutnie nie jest miejsce dla osób, które pochwalają życie na kocią łapę. I  że  to nie jest  miejsce dla osób, które stosują antykoncepcję, ani dla osób LGBT. Więc co w nim jeszcze robicie ?!

Czytam szereg artykułów publikowanych w prasie i kompletnie nie rozumiem wypowiadających się tam  kobiet, które chcą o sobie decydować i szukając swojego miejsca w Kościele Katolickim popadają we frustrację, że go tam nie znajdują. Nie znajdują, bo kwintesencją doktryny kościoła katolickiego jest układ patriarchalny. 

Czytam dalej, że osoby LGBT popadają we frustrację, że nie ma dla nich miejsca w Kościele Katolickim. Otóż nie ma, bo kwintesencja doktryny katolicyzmu jest prawo naturalne. Więc na co do diabła  liczycie? ! Jeśli ja mam 160 cm wzrostu i zapragnę poszukać swojego miejsca w Ogólnopolskim Stowarzyszeniu Ludzi Wysokich – to zapewne spotka mnie frustracja .Frustracja na pewno spotka mnie również, kiedy po ukończeniu Filologii zapragnę zapewnienia mi miejsca w Naczelnej Organizacji Technicznej. Podobnie też mogę się też poważnie sfrustrować jeśli po otrzymaniu magisterium nie załapię się na specjalną dotacje dla osób z wykształceniem podstawowym. 
Niestety, to nie jest tak, że dam Panu Bogu świeczkę, a diabłu ogarek i skorzystam z jednej i drugiej opcji. Czasami po prostu trzeba wybierać.

Nie chce zaostrzenia ustawy, ale....Popieram prawa LGBT ale....Nie zgadzam się na dyskryminację kobiet, ale.....Nie chcę rodzic dzieci z gwałtu, ale.....Jestem lesbijką, ale....

Ale on jest taki dobry i wcale mnie tak mocno nie bije.......

sobota, 15 października 2016

PODATNIK TUCZY HYCLA


Możesz nie być miłośnikiem zwierząt ale być może zainteresuje cię w jaki sposób marnotrawione są publiczne pieniądze, którymi opłacane są firmy pozorujące opiekę nad bezdomnymi zwierzętami, będące własnością hycli.



TO TY ZA TO PŁACISZ!


Podmioty  niesłusznie nazywane schroniskami dla zwierząt (istnieją również społeczne schroniska w prawidłowy sposób wypełniające swoje zadania) - są w istocie fabrykami – obozami koncentracyjnymi do przetrzymywania bądź utylizacji zwierząt. Za  ich działalność płacą publicznymi pieniędzmi gminy, a kosztuje ona, bagatela,163 milionów złotych rocznie!
W zależności od rodzaju umowy zawartej z gminą w interesie hycla może być;


  • Jak najszybsze uśmiercenie zwierzęcia
  • Jak najdłuższe utrzymywanie zwierzęcia za jak najniższą, głodową stawkę
  • Wypuszczenie i ponowne odłowienie  zwierzęcia na terenie innej gminy i pobranie kilku wynagrodzeń za to samo zwierze.


Za ten proceder płaci polski podatnik, a rakarz zaciera rece. I tak oto w majestacie prawa wyrastają hycelskie fortuny Jeden z rekordzistów tylko na podstawie porozumień z dwiema gminami zarobił w ciągu roku ponad pół miliona złotych. Za jedno zwierze hycel pobiera bowiem 1,500 do 7000 zł. Innym przykładem na patologię symbiozy gmin z rakarzami są umowy ryczałtowe. Tu, według raportu Rady ds. Wspierania Działań na Rzecz Ochrony Zwierząt przy Prezesie NIK rekordzista zarobił w jednej tylko gminie 295 tysiecy złotych wyłapując 17 psów, a pamiętać należy iż rakarze podpisują umowy z wieloma gminami jednocześnie stając się swoistymi monopolistami na swoich terenach. Co dzieje sie ze zwierzętami dalej, tego według obecnego prawa gminy monitorować nie muszą. Ważne że płacąc hyclom kuriozalne sumy pozbywają się za nasze pieniądze problemu.
 
JAK TO ROZWIĄZAĆ...

Patologię tą może zmienić określenie minimalnych warunków bytowych dla bezdomnych zwierząt, obligatoryjny monitoring zwierząt przez gminy, obowiązkowe znakowanie i sterylizacja zwierząt w celu zapobiegania ich nadpopulacji, zakaz wykonywania opieki nad zwierzętami jako przedmiotu działalności gospodarczej. Wymaga to zmiany istniejącego prawa.

CO STOI NA PRZESZKODZIE...

Wadliwa ustawa o ochronie zwierząt pomimo dokonanej w roku 2011 nowelizacji nie spełnia dostatecznie swojego zadania, a gminy nie wypełniają właściwie nawet tych zadań, które ona na nie nakłada. Posłowie nie interesują sie losem zwierząt, do tego są lobbowani przez te grupy interesów, które czerpią zyski z takiego stanu rzeczy. Każdego roku wzrasta nadpopulacja bezdomnych zwierząt i zwiekszają sie kwoty pochodzące z kieszeni podatnika płacone przez gminy rakarzom. Od 2006 do 2014 roku (według danych Inspekcji Weterynaryjnej ) wzrosły one prawie czterokrotnie z 45 milionów do 163 milionów złotych rocznie
Jak bardzo ta patologiczna sytuacja odpowiada zarówno interesom hycli jak i parlamentarzystów niech świadczy fakt, że Polska jako jeden z trzech krajów Unii Europejskiej do tej pory nie podpisała Europejskiej Konwencji o Ochronie Zwierząt z 1987 roku, która to konwencja byłaby pierwszym krokiem do zmiany obowiązującego prawa i dostosowania go wymogów europejskich.

CO TY MOŻESZ ZROBIĆ....
  • Podpisz petycję do Rządu Polskiego o ratyfikowanie Europejskiej Konwencji o Ochronie Zwierząt na miejscu lub na platformie avaaz; https://secure.avaaz.org/pl/petition/Rada_Ministrow_Rzad_RP_Wzywamy_Rzad_RP_o_podpisanie_Europejskiej_konwencji_ochrony_zwierzat_1/?rc=fb&pv=8
  • Zainteresuj się z kim i na jakich warunkach podpisuje umowy o wyłapywanie bezdomnych zwierząt twoja gmina
  • Polub stronę NIEZRZESZENI DLA ZWIERZĄT na Facebooku, a otrzymasz wszystkie niezbędne informacje, a kiedy pojawi się obywatelski projekt Nowelizacji Ustawy o Ochronie Zwierząt – podpisz go i pomóż zbierać inne podpisy.
  • Dołącz na Facebooku do grupy POLSKA DLA ZWIERZĄT.
  • Gdy zorganizujemy pikietę na rzecz zmiany prawa dotyczącego zwierząt, bądź z nami pod Sejmem

Czy wiesz że.... 


Największe tzw „schronisko” (komercyjne) dla zwierząt w Europie znajduje się w Polsce w Wojtyszkach (woj łódzkie) i należy do Longina Siemińskiego. Przetrzymywanych jest tam ok 4000 psów. 

Drugie co do wielkości tzw„schronisko” w Europie to Radysy(woj.warmińsko-mazurskie). Przetrzymywanych jest tam ok 3500 psów.Należy do małżeństwa Dworakowskich. Zarabia ono około 18 milionów złotych rocznie. 

Największą umieralność psów odnotowano w tzw„schronisku” w Chrcynnie.(woj. mazowieckie, właściciel Krzysztof Łukaszewicz) Wynosiła ona w 2009 roku 48 %.


Renata Kurcil
.