niedziela, 17 kwietnia 2016

LINCZ – OK!

LINCZ  –  OK!



Informacja, że Dorota Wellman znokautowała przy pomocy torby z laptopem i ziemniakami sadystę znęcającego sie nad szczeniakiem obiegła internet i z całą pewnością zapoznało się z nią znacznie więcej odbiorców, niż z raportem Czarnej Owcy „Jak Polacy znęcają się nad zwierzętami”. Ta ostatnia publikacja, aczkolwiek zaprezentowana przez GW, trafiła bowiem tylko do zainteresowanych kregów i została przeczytana przez ludzi, którzy są „w temacie”. Obie jednak miałyby szansę zrobić wiele dla zwierząt. Miałyby szanse gdyby stanął za nimi społeczny dyskurs i reakcja ustawodawcy. Ale póki co,  nie stanie.

Istnieją przekazy które są dobre merytorycznie, ale nie koniecznie medialne. Wprawdzie dają dużo do myślenia, lecz wymagają pewnego skupienia, zaangażowania, inteligencji i czasu. Istnieją też takie, które po prostu „płyną” i są przyswajane przez tysiące, chociaż nie niosą za sobą wielkiej tresci. Akurat czyn Doroty Wellman był prosty jak konstrukcja cepa – a przez to przemawiający do wielu. Mógłby otworzyć dyskusję o konieczności zwiększenia kar dla oprawców zwierząt, co daje przyczynek do zabrania sie za nowelizację ustawy o ich ochronie. Nie widzę jednak mediów, które by temat podjęły poza przekazaniem tej prostej informacji na zasadzie tabloidalnego newsa. A bardzo szkoda.

Jakiś czas temu historia Piotra Kuryły, który zostawił w 40 stopniowym upale przywiązaną do bramy schroniska szczenną sukę, którą wcześniej adoptował w chwale i glorii, przerodziła się w wielki akt potępienia dla biegacza. Rozpoczęła się medialna nagonka, Kuryło był słusznie atakowany przez tysiące internautów. Czyn jego miał wpływ na to, że odwrócili się od niego sponsorzy i społeczeństwo. Pojawiły się również w prasie artykuły  osób przerażonych masowością tego napiętnowania, które odzywały się w obronie biegacza. Dalej nastąpiła cisza.  Nikt nie podjął tematu, nie zastanowił się dlaczego tak naprawdę Kuryłę spotkał lincz. Zdarzenie podciągnięte zostało pod obecne zjawisko „kultury hejtu”.


O przyczynach zjawiska samosądów mówi prof. Janusz Czapiński na łamach Dziennika. Wyróżnia on dwa podstawowe powody. Pierwszy to niewydolność instytucji państwa w ocenie lokalnych społeczności. Drugi to fakt, że dosyć radykalnie rozmija się surowość sądów i ich orzecznictwo z surowością obywateli i "wewnętrznym kodeksem karnym”. http://wiadomosci.dziennik.pl/opinie/artykuly/447935,prof-janusz-czapinski-i-sprawie-mariusza-trynkiewicza-czy-dojdzie-do-linczu.html.
Przypadki linczu mają swoje miejsce tam, gdzie władza państwowa nie jest należycie zorganizowana i zbyt słaba, aby móc zająć się skutecznie karaniem przestępców i funkcję tę bierze na siebie społeczeństwo. Należy pamiętać iż samo przestępstwo i krzywda przez nie wyrządzona powoduje zarówno u ofiar, jak i u innych członków danej społeczności, pojawienie się całego wachlarza skomplikowanych stanów emocjonalnych takich jak;uczucia straty, niesprawiedliwości, obawy, chęci zemsty, które poszukują ujścia, odreagowania, przywróconego utraconego poczucia porządku i bezpieczeństwa. Gdy pokrzywdzeni, lub ich współodczuwający znaleźć go nie mogą w legalnej działalności aparatu sądowego,  dochodzi do czynów, skierowanych przeciw sprawcy. Wtedy tłum, lub pojedyńczy mściciel sam wymierza sprawiedliwość.

Zmiany w postrzeganiu zwierząt zarówno domowych jak i gospodarskich dokonują się już od ponad wieku pod wpływem prądu zwanego humanitaryzmem. Zwierzęta stają się ludzkimi przyjaciółmi, towarzyszami, zajmują miejsce członka rodziny. Nasz emocjonalny stosunek do nich uległ zasadniczej przemianie, trudno więc dziwić się, że słysząc o czynach bestialskich skierowanych przeciwko nim budzą się emocje takie jak współodczuwanie dla ofiary, odrazę do oprawcy, chęć sprawiedliwego ukarania go, a tym samym zapobiegania podobnym czynom w przyszłości. Jednakże według Raportu organizacji Czarna Owca Pana Kota  - ponad 74% spraw o przestępstwa przeciwko zwierzętom kończy się odmową wszczęcia lub umorzeniem dochodzenia, a tylko ok. 19% postępowań znajduje swój finał w sądzie.  Zasadniczą przyczyną odmów wszczęcia oraz umorzeń dochodzeń w sprawach o przestępstwa przeciwko zwierzętom jest brak faktycznych podstaw oskarżenia oraz brak ustawowych znamion czynu zabronionego. Z raportu wynika jednak, że wykonanie 86% spośród kar jest warunkowo zawieszane przez sądy na okres próby. Sądy bowiem najrzadziej wymierzały skazanym karę bezwarunkowego ograniczenia wolności (ponad 17% orzeczonych kar), a w połowie spraw rozpatrywanych przez badane sądy w latach 2012–2014 nie orzeczono wobec sprawców przestępstw przeciwko zwierzętom żadnych środków karnych. Liczba ujawnianych przez policję wykroczeń z Ustawy o ochronie zwierząt jest ciagle  znikoma. Dlaczego tak sie dzieje?
- Trudno zrozumieć, z czego wynika ta praktyka sądów, ale taka ona jest - mówi dziennikarce GW Annie Pawłowskiej - adwokat Anna Chrobot, przewodnicząca Koła Przyjaciół Czworonogów przy Okręgowej Radzie Adwokackiej we Wrocławiu.
 W głośnej sprawie psa Barego, który został zakopany żywcem, uratowanego dzięki interwencji policji prokurator Katarzyna Szewczyk zamieniła się w adwokata . Zażądała kary w zawieszeniu motywując to „inną wrażliwością i niskimi zarobkami „ sprawców. Oskarżyciel posiłkowy fundacja Lex Nova wniosła o jego odrzucenie, domagając się m.in. kary 2 lat bezwzględnego więzienia oraz kary  polegającej na wykonaniu pracy społecznej w wymiarze 40 godzin. Żądaniem prokurator zbulwersowany był tym razem nawet sam sąd, który ostatecznie jej wniosek odrzucił. Jednakze taka postawa sądów to wyjątek albowiem zasadą jest nieorzekanie  kary bezwzględnego więzienia, a wyroki za dręczenie zwierząt, zapadają w zawieszeniu albo sprawy zostają umarzane. Organizacje pro-zwierzęce sa bezsilne. Właściciele skrzywdzonych zwierząt lub obserwatorzy aktów bestialstwa zgłaszający przestępstwo policji, stają w obliczu sytuacji, w której oprawca ukarany zostaje karą w zawieszeniu, a więc praktycznie żadną, i śmieje im się w twarz pokazując jednocześnie  środkowy palec.


Trudno więc dziwić się, że tak wygląda przykładowy, jeden z tysięcy wpisów anonimowej internautki pochodzący z forum Polityki: dotyczącego tematu: „Jakie kary powinny obowiązywac za dręczenie zwierząt” Ja nie przeszłabym obojętnie wobec zwyrodnialca. Gdybym musiała zainterweniować nawet w przypadku zwyrodnialca (uderzając go albo coś innego) zrobiłabym to bez wahania, skoro sądy i policja są bezradne. Widziałam kiedyś jak 2 chłopców okładało Psa cegłą, biegłam ze łzami żeby pomóc ale wyręczył mnie nieznajomy mężczyzna który wraz z kolegą sprał dotkliwie zwyrodnialców. Nie powiem jak bardzo ucieszył mnie widok krwawiących pokiereszowanych twarzy zwyrodnialców. Pieska zabrano do lecznicy i jego historia zakończyła się szczęśliwie. Jeśli zobaczę krzywdę zwierzęcia nie cofnę się przed niczym aby mu pomóc. Policja i Sąd będą na końcu. Sami możemy wymierzać kary.


Kwestia poprawy losu zwierząt, to jak obecnie wszystkie kwestie ideologiczne w Polsce – problem polityczny i wpisana została do obowiązującego dyskursu „prawo-lewo”. Do tej pory wprowadzenie nowelizacji Ustawy o Ochronie Zwierząt utrudniała obecności w sejmie PSL, który wszystkie próby poprawy losu zwierząt uważał za zamach na wolność swojego wiejskiego elektoratu. W chwili obecnej PSL w parlamencie już nie ma, ale sytuacja w dalszym ciągu nie ma żadnej szansy ulec zmianie. Jakiekolwiek działanie w tym kierunku nie wpisuje się w linię ideologiczną PIS, a najbardziej fanatyczne skrzydła prawicowego betonu wypisują elaboraty udowadniające zagrożenia, wynikające z respektowania praw zwierząt. Czołowa polska talibka Małgorzata Terlikowska w zakazie występów cyrków ze zwierzętami widzi zamach na podstawowe prawa człowieka, a obecność zwierząt towarzyszących uważa za zbrodnie wobec dzieci narodzonych i nienarodzonych. Popiera ją Krystyna Pawłowicz, a Naczelny Tomasz Terlikowski udowadnia bezczelnie, ze „zwierzęta nawet w Wigilię praw nie mają”. Podobne zresztą poglądy reprezentuje wielu innych prawicowych publicystów. Jakakolwiek dyskusja na temat polepszenia losu zwierząt zostaje przez środowiska wsteczne natychmiast zakontrowana „zagrożeniem - wegetariańskiej dyktatury”.


Wygląda więc na to, że póki co, jedynym wyjściem zostaje właściwe użycie damskiej torebki. Nie słychać jednak żeby celebrytce pani Dorocie Wellman postawiono jakiekolwiek zarzuty naruszenia nietykalności cielesnej oprawcy szczeniaka. Gdyby to się stało, jej obrona mogłaby na jakiś czas skonsolidować skłócone ze sobą środowiska pro-zwierzęce i być może stać się motorem jakiejś zmiany. Wszystko wskazuje jednak na to, że news pozostanie tylko newsem; i nikt nie podejmie tego tematu, dopóki któregoś razu jakiś bezsilny obserwator takiego bezkarnego kata poprostu nie zabije. I może dopiero wtedy da to coś komuś do myślenia. 

sobota, 2 kwietnia 2016

IM MNIEJ TERLIKOWSKIEGO, TYM KONIOM LŻEJ

Ten tekst powstał własciwie ponad rok temu. Napisałam go w furii zawalając noc kiedy przeczytałam zamieszczony w Rzepie (Plus Minus) artykuł kretyna Terlikowskiego "Zwierzęta nawet w Wigilię praw nie mają" Zrodzony z totalnego wkurwienia otworzył właściwie serię Nowej Generacji moich tekstów. Niech więc odgrzebany z dysku znajdzie dzis i on miejsce.

Dla chętnych poznania artykułu "mistrza" do którego się odnoszę mam smutną wiadomość nie ma do niego bezpłatnego dostępu , a płacić z całą pewnością nie warto, a nawet nie wolno ;-). http://www.rp.pl/artykul/1167095-Zwierzeta--nawet-w-Wigilie--praw-nie-maja.html?template=restricted. 
Dlatego chociaż nie linkuję nigdy do prawicowych źródeł, żeby nie promować chorej ideologii, zrobię tu wyjątek  podaję linka do obszernego  jego skrótu http://www.fronda.pl/a/tomasz-terlikowski-zwierzeta-praw-nie-maja-nawet-w-wigilie,45506.html

IM MNIEJ TERLIKOWSKIEGO, TYM KONIOM LŻEJ

 

W wigilię zwierzęta mają mówić ludzkim głosem. Natomiast skoro zwierzęta tego dnia ludzkim głosem nie przemówiły, to znaczy, że to nie była Wielkanoc. Retorykę tego rodzaju  stosuje Tomasz Terlikowski w artykule „Zwierzęta nawet w wigilię praw nie mają”

 

Implikacja to konsekwencja; związek logiczny pomiędzy dwoma zjawiskami, z których drugie jest wynikiem pierwszego - zdanie złożone zbudowane według schematu: jeżeli..., to...,skoro..., więc , im..., tym. Tomasz Terlikowski stawia w swoim artykule natchnione tezy zbudowane na modelu implikacji już we wstępie. Jego zdaniem „ im więcej opowiada się o „prawach zwierząt", tym częściej łamie się prawa ludzi. Na czym miałoby więc polegać łamanie praw Tomasza Terlikowskiego przez ludzi  mówiących o prawach zwierząt? Na tym, że jak zaznacza na samym początku, chce on jeść mięso i mieć piątkę dzieci. I w tych oto właśnie podstawowych jego prawach przeszkadzają mu  interesy miliardów krów czy bilionów świnek morskich i szczurów.Innego dowodu na owe stwierdzenie w całym szesciostronicowym artykule  nie znalazłam, chociaż długo szukałam.

Podobnie „logicznie zbudowanych „kwiatków” jest tu ogromna ilość. Wnioski, które są implikowane ze zdań poprzedzających są tak samo spójne logicznie jak stwierdzenie, że im mniej bombek na choince, tym częściej sie pierogi przypalają.Oto na przykład typowa  figura logiczna utworzona przez Terlikowskiego. „Stworzył więc Bóg człowieka na swój obraz, na obraz Boży go stworzył: stworzył mężczyznę i niewiastę" – czytamy w pierwszym opisie stworzenia człowieka. A w drugim znajdujemy dopowiedzenie, że to człowiek nazywał zwierzęta, co w języku Biblii oznacza  i warto mieć tego świadomość - tłumaczy nam Terlikowski –  że sprawował nad nimi władzę, ale i troszczył się o nie.Opis ten nie pozostawia wątpliwości – pisze dalej autor - co do tego, że człowiek zajmuje szczególne miejsce w planie Bożym, jest bowiem – jako jedyna istota – stworzony na „obraz i podobieństwo Boże", czego nie można powiedzieć o zwierzęciu. Nie ma też wątpliwości, że zwierzęta zostały poddane człowiekowi, choć on sam wezwany jest do troski o nie.” Słowo troska według Wielkiego Słownika Jezyka Polskiego oznacza „dbanie o coś lub kogoś w taki sposób, że poświęca się temu dużo czasu i uwagi lub otacza opieką”, a słownik synonimów do wyrazu troska w tymże kontekście przyporządkowuje słowa takie jak „dbałość, opieka,   pielęgnacja, pietyzm. Nie wiem jak rozumie słowo „troska” Tomasz Terlikowski skoro powyższy fragment każe mu natychmiast wysunąć mu następujący wniosek : „Pomysł więc, by uznać, że zwierzęta są równe człowiekowi czy że posiadają one prawa, które człowiek powinien respektować, jest nie do zaakceptowania przez chrześcijanina. Dlatego też zupełnie nie rozumiem dlaczego troszczenie sie o kogoś oznaczałoby nieuznawanie faktu, iż posiada on prawa, które tenże władzę sprawujący i troszczący się miałby respektować. Najwyraźniej w taki właśnie sposób  troszczy się o najbliższych pan Terlikowski i aż strach pomyśleć, co by stało sie z prawami innych gdyby jakimś nieszczęśliwym zbiegiem okoliczności miałby on jakąkolwiek władzę nad jakąś większą grupa osób sprawować. 

Równie przekonująco próbuje autor argumentować, że św Franciszek nie kochał zwierząt. „W świetle tej biblijnej teologii trzeba interpretować opowieści o tym, w jaki sposób św. Franciszek (a także inni święci Wschodu i Zachodu chrześcijańskiego) traktował zwierzęta. Wbrew powtarzanym chętnie mitom jego podejście nie wynikało wcale z jakiejś szczególnej miłości do zwierząt czy z dostrzegania ich praw, ale z tego, że w świecie stworzonym dostrzegał on drogę ku Bogu.- stwierdza autorytatywnie Terlikowski I oczywiście przytacza natychmiast liczne właściwe sobie  dowody i uzasadnienia. „ Natura była dla niego sposobem, w jaki – o czym w Liście do Rzymian pisał św. Paweł – Bóg objawia się światu. Tak zresztą ową szczególną bliskość ze zwierzętami (rozmawianie z nimi, określanie ich mianem sióstr czy braci – choć nigdy „braćmi mniejszymi"!) wyjaśniali pierwsi biografowie i współbracia świętego. „W każdym tworze podziwiał mistrza. W przyjemnych widokach dostrzegał ożywiającą zasadę i przyczynę" – możemy przeczytać w „Źródłach franciszkańskich". Przykro mi, ja w zdaniu iż „w każdym tworze podziwiał mistrza” – nie widzę żadnego dowodu na to, iż zwierząt nie kochał i nie szanował ich praw. Widzę natomiast w całym tym wywodzie dowód na to, ze autor nie potrafi przytaczać, żadnych racjonalnych dowodów, cytować, ani  argumentować i nie stosuje zasad polskiej gramatyki. Bredzi natomiast, co mu ślina na język , a palec na klawiaturę przyniesie, a co najgorsze, lekceważy na tyle swojego czytelnika, że chyba ani razu sam nie czyta tego, co spłodził, nie widzi, ze to jest pozbawione logiki, ani żadnego porządku, tylko publikuje w poczuciu, ze przecież jest genialny. I dalej :  Św. Franciszek – o czym jasno piszą jego biografowie – sam szukał mięsa dla chorych współbraci i nigdy nie przekonywał, że powodem odrzucenia spożywania pokarmów mięsnych były jakieś domniemane prawa zwierząt. Jacy biografowie Panie Tomaszu i w jakich pismach, piszą jasno że „Swięty Franciszek nigdy nie przekonywał, że powodem odrzucenia spożywania pokarmów mięsnych były jakieś domniemane prawa zwierząt”?  Jeśli się takie jednoznaczne stwierdzenia stosuje to może należałoby przytoczyć jakieś źródła. Bo jeśli ja będę chciała jednoznacznie stwierdzić na łamach prasy, że na przykład,  Terlikowski w swoich artykułach nawołuje do nienawiści, to przytoczę konkretne cytaty, wskaze konkretnego autora i  przedstawię konkretne publikacje, w których można te cytaty znaleźć. Najwyraźniej jednak skoro Terlikowski uważa że „Swięty Franciszek nigdy nie przekonywał, że powodem odrzucenia spożywania pokarmów mięsnych były jakieś domniemane prawa zwierząt, to już jest dowodem samym w sobie i żadne dowody przytaczanych tez nie są juz zupełnie potrzebne.Św Franciszek sprostowania w kwestii zafałszowania jego intencji zapewne nie będzie się domagał. Szkoda tylko, że pismo takie jak „Rzeczpospolita” dopuszcza tak słabe merytorycznie artykuły w wydaniu świątecznym i płaci za nie. Jest to dowód niewielkiego szacunku do odbiorcy i traktowanie go jak niepiśmiennego  idioty, czym czuję się niezwykle zażenowana.
O tym, że, że Terlikowski uwaza swoich czytelników za kretynów świadczy równiez fakt, jak dobiera cytaty z Biblii. Nie trzeba być w żadnym bowiem stopniu znawcą Pisma Świętego, ani szczególnie sie nim interesowac, ani nawet uważać sie za katolika, zeby w szybki sposób znaleźć tam wersety, o których autor „zapomniał”, bo były niewygodne dla jego retoryki.Na przykład;
„Kto zarzyna na ofiarę wołu i jednocześnie jest mordercą ludzi, kto ofiaruje owce i jednocześnie łamie kark psu, kto składa ofiarę z pokarmów i jednocześnie rozlewa krew świni, kto spala kadzidło i jednocześnie czci bałwana – ci obrali sobie swoje drogi i ich dusza ma upodobanie w ohydach. Tak samo i Ja wybiorę dla nich męki i sprowadzę na nich to, czego się lękali, bo gdy wołałem, nikt nie odpowiadał, gdy mówiłem, nikt nie słuchał, lecz czynili to, co jest złe w moich oczach, i wybrali to, czego Ja nie lubię”.Izajasz 66, 3-4
Albo; Lubią ofiary krwawe i chętnie je składają, lubią też mięso, które wówczas jedzą, lecz Pan nie ma w tym upodobania. Wspominam wtedy na ich przewinienia i karzę ich za grzechy - niech wrócą znów do Egiptu! (Ks. Ozeasza 8.13) 

Równie ciekawą logiką posługują sie cytowani przez Terlikowskiego autorzy Katechizmu Kościoła katolickiego „Bóg powierzył zwierzęta panowaniu człowieka, którego stworzył na swój obraz”.  Z tego wynika następujące bezpośrednio kolejne zdanie „Jest więc uprawnione wykorzystywanie zwierząt jako pokarmu i do wytwarzania odzieży " – przytacza za nimi Terlikowski. I takie implikacje ciągną się w nieskończoność ponieważ autor prawdopodobnie doskonale czuje sie w udawadnianiu gawiedzi, ze z faktu iż trawa czasem nie jest zielona niewątpliwie wynika fakt, ze kazdy słoń jest czerwony, i że pan Terlikowski ma monopol na wyciąganie kolejnych wniosków na swoją modłę.Na przykład niepokoi go silnie iż ludzie zadają pytania dotyczące dostepu zwierząt do życia wiecznego.Niepokoją go one niezwykle ponieważ, jak pisze dalej,” z punktu widzenia chrześcijaństwa odpowiedź jest prosta: otóż zwierzęta nie mają duszy nieśmiertelnej (choć można mówić o tym, że istnieje w nich jakaś forma ożywiająca, którą można za Arystotelesem określić jako pewną formę duszy), a zatem zbawione być nie mogą. .Rzeczywiście, przecież to proste jak drut ; zwierzęta nie mają duszy, chociaż mają pewną formę duszy i  z tego właśnie wynika, że zbawione być nie moga.Czy ktoś z czytelników  jeszcze nadal nie rozumie tej prostej z punktu widzenia chrześcijaństwa odpowiedzi? Przeciez to czysta i jasna logika „nie mają chociaż mają ale nie mogą” I tego rodzaju bełkot ciągnie się na całe sześc stron.

Pan Terlikowski jak wynika z przytaczanych przez niego przez niego argumentów, nie tyle myśli (bo on nie myśli), on czuje, on nie opiera sie na źródłach – on wie, on nie wyciaga wniosków – on ma przekonanie. Cóż, można by było pana Terlikowskiego po publikacji artykułu o tak niskim poziomie merytorycznym zabić śmiechem i po prostu nie zniżać sie do jego poziomu. Ale istnieje inne pewnego rodzaju niebezpieczeństwo. Otóż zdaniem dramaturga Eugène Ionesco, zanim nazizm, faszyzm itd. stały się ideologiami, najpierw były uczuciami. Wszystkie ideologie, w tym marksizm stanowią tylko usprawiedliwienie i alibi dla pewnych uczuć, dla pewnych pasji, instynktów wynikających również z biologicznej natury. Instynkty Pana Terlikowskiego sa na pierwszy rzut oka jasne – on chce zabijać zwierzęta, jeść mięso i mieć piątkę dzieci – istnieje  tylko pytanie, co będzie dalej. Bo dla niego to jest za mało. ” Na koniec zadajmy sobie jednak pytanie, czy obdarzanie zwierząt miłością, której godni są tylko ludzie i Bóg, jest najlepszym wyborem i czy rzeczywiście prowadzi nas do właściwych relacji z innymi ludźmi i z samym Stwórcą? – pyta nas ten natchniony „wódz”Czy ciągłe mówienie o prawach zwierząt nie jest próbą zakamuflowania smutnej prawdy, że przestaliśmy cenić prawa człowieka? Prawa wynikające ze szczególnej godności człowieka. Godności, która odróżnia go od zwierząt.” Terlikowski chce bowiem, żeby wszyscy tak jak on zabijali zwierzęta, jedli mięso i mieli piątkę dzieci, każda inną bowiem postawę uważa za łamanie praw natury, a przecież "odwieczna natura bezwzględnie karze tych,którzy; łamią jej prawa. To daje mi przekonanie, że działam w imieniu Wszechmogącego Stwórcy." - napisał Adolf Hitler w Mein Kapmf. Jak niezwykłe przekonanie o swojej misji, albo ile arogancji i cynizmu trzeba posiadać, zeby zafundować czytelnikom takiego literackiego „potworka” właśnie wtedy, kiedy siadają do wieczerzy wigilijnej z najbliższymi, podczas gdy papież Franciszek wygłasza w encyklice słowa Drodzy bracia i siostry, w tę świętą noc kontemplujemy żłóbek: tam Naród kroczący w ciemnościach ujrzał światłość wielką.Widzieli ją ludzie prości, gotowi do przyjęcia daru Bożego. Natomiast przeciwnie, nie widzieli jej ludzie zarozumiali, pyszni, ustanawiający prawa według swoich osobistych kryteriów”

Panie Tomaszu Terlikowski aby zakończyć tą przydługą juz nieco polemikę Oto prośba ma ostatnia Błagam. Bądź zdrów - lecz nie sil się na bycie dziennikarzem, zabijaj zwierzęta - ale nie dobudowuj do tego ideologii, jedz mięso - ale nie pisz artykułów , płodź dzieci -  ale nas nie zbawiaj, i tego ci życzy i tę ostatnią przyjacielską radę posyła ci wcale nie Arbiter Elegantare.





piątek, 1 kwietnia 2016

KUP PAN TROLLA

Ten tekst powstał tak trochę na zamówienie, a trochę dlatego, żeby uświadomić ludziom, że to co dzieje się na forach internetowych bardzo często nie jest autentyczne a stanowi pewnego rodzaju teatr podobny do tego jaki rozgrywa się na mównicy sejmowej. Ostatecznie nie został nigdzie opublikowany. Polecam ku przestrodze.


KUP PAN TROLLA


Oferta skierowana do osób, które tworzyły już płatne treści o tematyce politycznej w postaci komentarzy na forach internetowych, portalach, blogach, znają mechanizmy działania, nie boja się używać mocnych słów, są kreatywne, potrafią prowadzić ożywioną dyskusję, prowokować. I najważniejsze – ­­potrafią być dyskretne. Oczekiwania: dokładność, sumienność, dyskrecja, samodyscyplina, terminowość. Umiejętność zmiany swojego IP również mile widziana”
Takie ogłoszenie pojawiło się niedawno na kilku portalach pośredniczących w poszukiwaniu pracy. Opublikowane na Facebooku i skomentowane, natychmiast zniknęło. Prowokacja, czy nieostrożność? A może po prostu oferta pracy, jak wiele  innych?

ZAWÓD PRZYSZŁOŚCI

Nie wszyscy użytkownicy internetu zdają sobie jeszcze w pełni sprawę z narodzin nowego zawodu, jakim jest trolling polityczny. Nie wszyscy mają też świadomość, że pomówienia, ubliżanie, wyzwiska i wylew nienawiści na internetowych forach, grupach i portalach społecznościowych  nie są jedynie efektem frustracji niezrównoważonych osobników, a sprytną manipulacją ich mocodawców. Płatny trolling stał się obecnie skutecznym narzędziem walki z konkurencją polityczną. Dla osób, które nie mają doświadczenia w poruszaniu się w sieci, albo korzystają z niej okazjonalnie, ilość wulgarnych komentarzy dotyczących życia politycznego może wydawać się bulwersująca i sprawiać wrażenie naparzanki ideologicznej opartej na zagotowanych emocjach. Nic bardziej mylnego. Bardzo duża część owych nienawistnych wpisów nie jest efektem agresji przypadkowych internautów, ale produktem agencji, które z oczerniania ludzi o innych poglądach politycznych zrobiły wysoko dochodowy interes. Jak informuje dziennik „Polska”: największe partie polityczne płacą firmom marketingowym po kilkadziesiąt tysięcy złotych miesięcznie za ubliżanie swoim konkurentom. Cena za umieszczenie komentarza o długości 100 do 350 znaków wynosi od 30 gr do 2 zł. Chętnych do takiej pracy nie brakuje. Renata Kim i Ewelina Lis w artykule „Hejterzy bez zahamowań”, który ukazał się w Newsweeku 2016/6 -  piszą, iż na ogłoszenie o pracy polegającej na tworzeniu płatnych treści o tematyce politycznej w ciągu dwóch dni zgłasza się 250 osób, najczęściej byłych dziennikarzy i to wcale nie anonimowo.
Opluwanie za pieniądze przeciwników politycznych nie jest jedynie polską specjalnością, potęga internetowego medium jest bowiem skrzętnie wykorzystywana przez rządy i polityków na całym świecie. Chińskie władze zatrudniły internautów do wpisywanie pochlebnych dla reżimu komentarzy na forach internetowych i blogach. Wpisy zostają umieszczane anonimowo lub pod pseudonimami przez dziesiątki tysięcy użytkowników sieci, których jedynym zadaniem jest wchodzenie na poszczególne strony i wklejanie na nie wcześniej przygotowanego tekstu. (według news.com.au.) W rosyjskim serwisie sobaka.ru pojawiła się relacja byłego pracownika jednej z tamtejszych agencji propagandowych o nazwie FAN, skupiającej pod sobą 12 innych firm, których zadaniem jest tworzenie materiałów dotyczących konfliktu z Ukrainą lub polityki rosyjskiej. Z kolei Wielka Brytania planuje utworzyć nową jednostkę wojskową, która będzie się specjalizowała w prowadzeniu wojny psychologicznej w Internecie. Jej głównym celem ma być oddziaływanie na media społecznościowe (m.in. Twitter i Facebook) i  wykorzystywanie ich dla swoich potrzeb militarnych.(według www.defence24.pl)


WSZYSTKIE CHWYTY DOZWOLONE....
Paweł Szefernaker – obecny sekretarz stanu w KPRM, który w sztabie wyborczym Andrzeja Dudy odpowiadał za kampanię internetową, przyznaje eufemicznie że:  w internecie najlepiej żrą rzeczy kontrowersyjne – przytacza Zbigniew Bartuś w „Dla kogo pracujesz wredny trollu”. Te kontrowersyjne oznaczają tu słowną młockę, hejt, wyzwiska, dyskredytowanie rozmówcy i opluwanie jadem konkretnej opcji politycznej. Wszystkie chwyty są dozwolone, nie ma metod zakazanych – zdradza w rozmowie z portalem żelazna logika.net anonimowy internauta zatrudniony w charakterze płatnego trolla - Ważne jest tylko to żeby osiągnąć skutek. Pisze się o wszystkim, liczy się ilość, szum informacyjny. Im większy odzew tym lepiej. Jak ktoś coś wytknie, to wtedy nie warto wdawać się w polemiki tylko trzeba przykryć to kolejnym niusem, twittem, memem. Im agresywniej i wulgarniej, tym lepiej. Zwierzenia innego płatnego trolla zamieszczone w liście do redakcji opublikowała również  w styczniowym numerze Angora. Zadaniem autora było jak najbardziej oczernić w internecie jedną z partii. „Podano mi ok. 30 “faktów”, którymi miałem się posiłkować przy pisaniu – opowiada -  Cel był jeden. Jak najwięcej postów opublikowanych. Im bardziej zjadliwe, tym większa premia. Autor listu chce aby ludzie dowiedzieli się, że większość wpisów, szczególnie  tych najbardziej agresywnych, nie jest spontaniczna. To wszystko, co jest wypisane pod artykułami, jest po prostu opłacone – stwierdza.­  – Żadna moherowa babcia nie napisze postu. To są ludzie, którzy w wyborach głosowali na “normalną” partię, a tutaj za pieniądze chwalą Dudę i PiS. Oczywiście oprócz wychwalania na forach głównym zadaniem pracowników agencji propagandowych i samych partii jest plucie jadem na przeciwników politycznych i ich zwolenników, tak aby wpłynąć na masy, wskazać im kierunek i liczyć na odzew w sieci. Oprócz zawodowców działają też i ideowcy. Obrażam, i to czasem na ostro, ale zgodnie z przekonaniami – mówi 33-letnia Marta z Warszawy w artykule „Hejterzy bez zahamowań”  Jak widzę komentarze w sty­lu: „marionetka Kaczora” albo „Duda nie ma jaj”, to puszczają mi nerwy, potrafię jebnąć niezłym hejtem. Takich zaangażowanych ideowców działających „pro bono” jest również spora ilość. W swojej zajadłości nie ustępują zawodowcom. I jednym i drugim należy przyznać niewątpliwie jedno; są skuteczni. Działania troli są obliczone na “pobudzenie” obfitych pokładów zawiści, poczucia krzywdy i nieżyczliwości wobec innych, które spoczywają w charakterach wielu naszych rodaków - opowiada na stronie http://biznes.robertbrzoza.pl anonimowa pracownica polskiej agencji - Tacy “pobudzeni” przejmują trollowe “prawdy” i wyrażenia i zaczynają sami je rozpowszechniać – i rusza lawina hejterstwa.


ŻYCIE TROLLA
Agencja Associated Press opublikowała zwierzenia Ludmiły Sawczuk, dziennikarki która, pracowała w petersburskiej agencji propagandowej. W jej wydziale obowiązywało napisanie w ciągu 12 godzin pracy 160 postów propagujących w sieci kremlowską wizję świata. Każdy z trolli prowadził pod różnymi pseudonimami po kilkanaście kont na portalach społecznościowych, a po otrzymaniu codziennych instrukcji określających co ma pisać i jakie emocje wywoływać, wrzucał na rosyjskie i zachodnie strony internetowe spreparowane zdjęcia i proputinowskie komentarze.  Sawczuk przyznaje, że większość z nich to młodzi ludzie, zachęceni dość wysoką płacą ok 40-50 tys. rubli miesięcznie (ok 2500 zł). Jak twierdzą rosyjskie media, petersburskie trolle  zatrudnia agencja Internet Research, finansowana przez holding, na czele którego stoi bliska osoba z otoczenia prezydenta Władimira Putina, a w samym Petersburgu jest ich około 400. Praca trolli trwa od 9:00 do 17:30, za spóźnianie dostają kary finansowe i stale są obserwowani przez kamery. Celem ich działalności jest codzienne zwiększanie oglądalności serwisów o 3000 nowych osób. Byli pracownicy agencji sugerują, iż cała ta operacja jest kierowana z Kremla.
Trollem w Petersburgu najłatwiej zostać z ogłoszenia; można je rozpoznać po tym, że nie precyzuje  zakresu obowiązków i jako miejsce pracy wskazuje zawsze miasto “Stare Selo” na Ukrainie. Rozmowa o pracę odbywa się w biurowcu na ul. Savushkina 55. Chętni muszą wypełnić ogromną ilość formularzy, które gromadzą szereg informacji o nich, ich rodzicach, rodzinach i życiorysach, ale co ciekawe nie testują poglądów politycznych kandydata. Same kryteria przyjęcia do pracy nie są zbyt wygórowane; zainteresowani pracą muszą wykonać krótkie streszczenie artykułu prasowego,  a wszyscy  mówiący i piszący poprawnie po rosyjsku zostają przyjęci.
Według byłej pracownicy polskiej agencji: na polskim rynku pracy również nie ma zbyt wysokich wymagań co do poziomu kandydatów na trolli. Na początku każdy musi podpisać szeroko rozbudowane oświadczenie o dochowaniu tajemnicy, zachowaniu anonimowości w sieci, oraz zobowiązanie do usunięcia otrzymanych programów po skończeniu projektu; a także do niekopiowania instrukcji i nieudostępniania ich innym. Potem należy przejść obowiązkowe szkolenie, na którym przyszli hejterzy uczeni są jak zmieniać adresy IP i mylić portale mediów co do swojej tożsamości; umiejętność ta niezbędna jest do mnożenia lajków dla wybranych wypowiedzi na stronie i aby móc umieszczać posty pod różnymi nikami . Aspiranci  uczą się  również korzystania z przeglądarki TOR, która w każdej sesji identyfikuje się z innym adresem IP, co zapewnia pełniejszą anonimowość w sieci, następnie dowiadują się, gdzie można utworzyć bezpłatne konta emailowe bez potrzeby podawania numeru telefonu, oraz jak używać specjalnego programu czyszczącego historię lajków i komentarzy, co umożliwia dodawanie kolejnych. Program ten rejestruje też aktywność trolla na portalach i wysłane maile  – to od ich liczby i jakości zależy bowiem wypłata.
O rekrutacji i sposobach działania polskich agencji opowiada autor listu do Angory: Nasza spółka jest zarejestrowana poza granicami Polski. W większości są to, tak jak ja, studenci, którzy w wolnych chwilach dorabiają sobie. Najlepiej jest pracować zdalnie, z akademika lub domu. Do mnie odezwał się kolega i zaproponował pracę przy pisaniu postów pod artykułami. Dobra agencja propagandowa musi  mieć kilka tysiecy profili rozlokowanych na Twitterze, Facebooku, innych portalach społecznościowych oraz na forach. Rekordziści w trollowaniu potrafią zarobić podobno nawet do 5000 zł miesięcznie.  Kiedy zbliżają się wybory dla branży zaczynają się “tłuste” zamówienia. – opisuje pracownik agencji - Za każdy odpowiednio sformułowany post firma otrzymuje od piętnastu groszy do nawet trzech złotych. Ja, jako pracownik, dostaję średnio połowę kwoty. Oczywiście dochodzi dodatkowa premia z tytułu popularności określonych wpisów.


ARMIA SZEFERNAKERA
Według informacji pozyskanych przez dziennikarzy z The Guardian: płatni trolle prezydenta Putina działają ściśle według instrukcji codziennie im dostarczanych, a ich przekaz musi być zgodny z ideologicznym kursem Kremla. Dokładnie to samo można powiedzieć o internetowych trollach Dudy – pisze w artykule „A Duda jak Putim – własna armia trolli” Piotr Stasiuk - schemat jest dokładnie powielony. Zadziwiającą jest jeszcze taka zbieżność – posłowie PiS dostają e-mailem instrukcje „co mam o tym mysleć” i jak komentować medialne przekazy dnia. Autor sugeruje, że owo podobieństwo przywodzi na myśl skojarzenie, iż szkolenie medialne w PiS mogło odbywać  się pod okiem putinowskiego instruktora z Kremla.
Według  Witolda Głowackiego w artykule „Prawo i Sprawiedliwość króluje w polskim internecie” opublikowanym w magazynie Polska – The Times - Partia Jarosława Kaczyńskiego jeszcze niedawno kojarzona ze wszystkim, tylko nie z internetem, totalnie dominuje dziś w mediach społecznościowych i w sieci Pomaga w tym zdyscyplinowana armia trolli. Jego zdaniem działalność propagandowa w sieci jest obecnie dosłownie wpięta w struktury PIS, ich internetowa armia jest w większości zawodowa lub półzawodowa, a znaczną jej część zapełniają pracownicy biur poselskich i regionalnych struktur partii. Trolle werbowani i opłacani są przez co najmniej dwie pracujące dla PiS agencje interaktywne, a pewną część stanowią pracujący wyłącznie dla idei internetowi entuzjaści. Ten pogląd potwierdza wyznanie  anonimowego autora listu do Angory – W 2015 roku największym klientem agencji takich jak moja był PiS –Niemal od stycznia pieniądze płynęły szerokim strumieniem. Najpierw wybory prezydenckie, potem parlamentarne. Te głupoty pisane o Komorowskim, potem o Sikorskim, Kopacz i innych z PO, były straszne. Ale…dobrze opłacone. Teraz na tapecie jest Petru. Również  europoseł Janusz Wojciechowski napisał na Twitterze, że John Kennedy był pierwszym prezydentem, który wygrał wybory w telewizji, a Andrzej Duda pierwszym, który wygrał w internecie; potwierdzając znaczenie działalności w sieci dla ostatnich sukcesów Prawa i Sprawiedliwości.
Możnaby zastanawiać się dlaczego internet zaczął ostatnio być w naszym kraju tak bardzo istotny w kampaniach wyborczych i tak bardzo rzutuje na decyzje wyborców. Ażeby to zdiagnozować trzeba nieco uwazniej przyjrzeć się doniesieniom socjologów; z każdym bowiem rokiem przybywa w Polsce grupa osób, dla których internet  jest głównym źródłem informacji. Z badania CBOS i Uniwersytetu Mikołaja Kopernika wynika iż ci, którzy deklarują, że sieć stanowi dla nich podstawę pozyskiwania wiedzy stanowią wiekszość (60%) w grupie osób do 24 roku życia. Jest to całkiem spory odsetek wyborców, na których myślenie i decyzje, również te przy urnach, główny wpływ mają informacje i opinie zamieszczane w internetowych serwisach niezależnie od tego, jak mało byłyby one wiarygodne. Pomimo iż według badań  MEC Analytics & Insight z dnia 28 maja 2015 najważniejszym źródłem wiedzy o wyborach pozostaje  ciągle telewizja (70%), tylko niewiele mniejszy procent wszystkich Polaków podaje za jej główne źródło serwisy społecznościowe (57%). Jest to o tyle znamienne, iż  podczas wyborów w 2010 r. odsetek wymieniających sieć wśród głównych źródeł informacji o polityce wynosił zaledwie 39,4 proc. Łatwo więc zaobserwować, jak silną mamy w Polsce tendencje wzrostową.
 Jeszcze większą rolę spełnia internet na emigracji, szczególnie tej  wcześniejszej - amerykańskiej, która z uwagi na odległość i coraz mniejsze związki z krajem ma o nim niewielkie pojęcie. Nasi rodacy za oceanem wyrabiają sobie poglądy o Polsce głównie za pośrednictwem przekazu płynącego z sieci, przekazu płynącego nieproporcjonalnie, ale za to bardzo szerokim strumieniem. Należy też pamiętać, że internet to medium bardzo elastyczne, w  którym wszelakie treści mogą nie tylko w przerażającym tempie rozmnażać się na zasadzie infekującego umysły wirusa, ale również coraz szybciej mutować w taki sposób, aby właściwi odbiorcy łatwiej je przyjmowali i rozpowszechniali.
W tych realiach nie należy się dziwić, że  ten kto obecnie wygrywa w sieci, ten ma władzę nad umysłami; i nie bez powodu liderem, który zdominował przekaz internetowy stało sie Prawo i Sprawiedliwość. Politycy PiS tworząc przez osiem lat opozycję mieli czas na stworzenie w Internecie własnego, bardzo sprawnie funkcjonującego, źródła informacji i opinii i skuteczne go wykorzystanie. W wywiadzie dla Faktu Paweł Szefernaker ujawnia iż po stronie PIS podczas kampanii prezydenckiej działało w sieci regularnie trzy tysiące osób.  Jakkolwiek niezbyt chętnie przyznaje się on do zatrudniania internetowych trolli; jednakże w rozmowie z Pawłem Sikorą dziennikarzem NaTemat, przyznaje iż  istnieje w jego w zespole internetowym komórka – która ma za zadanie zwracać uwagę na  uwagę na to, co się pisze na forach i reagować. Szefernaker, zapytany wprost czy jego ludzie działają poprzez  dodawanie  komentarzy,  nie zaprzecza Także w ten sposób, jest to jeden z rodzajów aktywności w internecie” – stwierdza.


TROLLING OD KUCHNI
Nazwa „trolling” pochodzi od techniki łowienia polegającej na zarzucaniu przynęty z płynącej łódki. W przypadku trolla, ów haczyk to kontrowersyjna lub obraźliwa wypowiedź, na którą emocjonalnie reagują inni dyskutanci. Merytoryka dyskusji zanika wówczas, a między uczestnikami zaczyna się wymiana ciosów, epitetów i inwektyw. Profesjonalny troll najpierw „zarzuca haczyk” by sprowokować awanturę w sieci, a gdy sieć nie załapie zarzuca drugi i trzeci. Kiedy ryba połknie przynęte racjonalna dyskusja zostaje przerwana, a troll zaczyna walić po głowach rozmówców kijem bejsbolowym. Istnieją różne strategie działania: czasami trolle występują w parach, czasami w większych grupach, linkując do siebie wzajemnie dla wzmiocnienia efektu; jeden dokleja się do dyskusji początkowo niepozornie, rzuca sugestie, delikatnie poddaje w wątpliwość zdanie przedmówców, kolejny wyskakuje z materiałem cieżkiego kalibru wprowadzając do sieci nieprawdziwe materiały przygotowane wcześniej w partyjnyjnej centrali. Nie od dziś wiemy że: „kłamstwo powtórzone tysiąc razy staje sie prawdą” ; trafiając na podatny grunt, owe fałszywki potrafią siać spustoszenie i kiełkować w umysłach odbiorców niczym chwast.
Zdaniem Brandona Smitha autora artykułu „Disinformation: The Magic of the Lie, Propaganda, Governments, Elites and How It Works” opublikowanego na portalu http://poorrichards-blog.blogspot.com/2012/08/disinformation-magic-of-lie-propaganda.html a zamieszczonego w przekładzie Tomasza Nowakowskiego na stronie https://ussus.wordpress.com: trolle używają  szeregu sprawdzonych w sieci sposobów i sztuczek dlatego też tak trudno się im przeciwstawić. Podstawowym ich sposobem jest pisanie skandalicznych, oburzających komentarzy by odwrócić uwagę, sfrustrować rozmówców, ośmieszyć niewygodne opinie. Inną metodą, jest sprawić aby spólne, logiczne  argumenty przeciwników zostały skompromitowane poprzez zestawienie z bełkotem, albo nawoływaniem do przemocy. Troll będzie też próbował zdominować  wartościową dyskusję w celu zakłócenia jej, oraz sfrustrowania zaangażowanych w nią osób, posługując się listami lub bazami zaplanowanych konspektów rozmów, które zawierają uogólnione, wprowadzające w błąd odpowiedzi na prawdziwe, racjonalne argumenty. Zamieszczone na ich podstawie posty wyglądają na  zbyt dobrze zredagowane, zbyt poprawne; trącą nienaturalnością i łatwo je wychwycić. Dezinformatorzy budzą fałszywe skojarzenia poprzez ciągłe posługiwanie się negatywnymi konotacjami typu „komuniści, faszyści” w celu tworzenia uprzedzeń, oraz odwodzenia rozmówców od obiektywnego badania dowodów. Inną techniką jest nawoływanie do „głosu rozsądku” wobec argumentów niezaprzeczalnie świadczących za jedną stroną, aby osłabić ich siłę. Powszechną metodą jest oskarżanie opozycji o jakiś punkt widzenia, nawet jeśli nie jest on wcale jej poglądem, następnie atakowanie tego stanowiska. Według systematyki wprowadzonej na stronie http://www.eioba.pl/a/33w5/allmanah-manipulacji-w-internecie profesjonalnego trolla cechuje narcystyczna pewność siebie i pełen profesjonalizm – to osoby szkolone do lobbowania bądź wojen w internecie, znają dobrze dany temat i nie wahają się używać wszelkich argumentów. W ich wypadku nawet nick jest dobrze dobrany tak, aby wpływać na podświadomość człowieka.  Jeśli spotkasz w sieci kogoś, kto spełnia powyższe kryteria i używa kilku z wymienionych strategii naraz, to prawdopodobnie masz doczynienia z płatnym trollem.

H. Michael Sweeney na portalu http://www.proparanoid.net/truth.htm zamieszcza cechy dezinformatora pochodzące z nieopublikowanej książki “Fatal Rebirth”, przekład której fragmentów można znaleźć na portalu https://pracownia4.wordpress.com. Cechy te przedstawiane są  jako charakterystyka osób zawodowo zajmujących się trollowaniem w internecie. Bazując na swoich bezpośrednich doświadczeniach przytaczam za nim te, które potwierdziły się u osobników, jakich niewątpliwą nieprzyjemność miałam spotkać w sieci . Płatni trolle nadewszystko unikają cytowania oraz podawania źródeł swoich sądów, a przeciwników wybierają bardzo selektywnie skupiając atak na kluczowych oponentach. Pojawiają się nagle w konkretnym gronie pozornie przypadkowo, wprowadzając nowy temat bez wcześniejszego udziału w ogólnych rozmowach. W przypadku spadku zainteresowania tematem - znikają. Charakteryzuje ich wyjątkowa odporność na ostrą krytykę i kompletny brak akceptacji rozmówców, bez względu na wszelkie dowody świadczące przeciwko nim, zaprzeczają wszystkiemu i żadna opozycja, choćby nie wiadomo jak silna, nie odwiedzie ich od wykonania zadania. Będą oni kontynuować stare schematy działania niczego w nich nie zmieniając, pomimo rozpracowania przez otoczenie ich gry, a wynika to z faktu, iż tak naprawdę nie obchodzi ich, co myślą o nich inni, stąd też nie starają się  poprawić swojego stylu komunikacji ani jej treści. Typowa jest też dla nich niespójność i przytaczanie wzajemnie sprzecznych informacji. W przypadku krytyki swojego mocodawcy, troll będzie się starał stłamsić dyskusję jeszcze w zarodku, zdeprecjonować krytykanta oraz osoby go wspierające, co zapewni mu przewagę w ewentualnych przyszłych konfrontacjach. Od osoby prezentującej przeciwne stanowisko będzie domagać się przedstawienia go na poziomie akademickim, podczas gdy sam używa lapidarnych argumentów i nie potrafi wskazać wiarygodnego źródła.W obliczu takich wymagań każde stwierdzenie jego oponenta pozbawia dyskusję sensu, a kto się z tym nie zgadza zostaje wyzwany od idiotów, albo obrażony za pomocą innych inwektyw. Troll będzie również prowokował rozmówcę do emocjonalnej, ośmieszającej w oczach innych odpowiedzi, która osłabi jego pozycję, a sam będzie wykazywał widowni, jak bardzo przeciwnik jest “wrażliwy na krytykę”. Jeśli ma taką możliwość na sam koniec wyciągnie najcięższą artylerię; zarzuci oponentowi kłamstwo, zagrozi sądem i zablokuje go tak, aby ten nie miał możliwości odpowiedzi.


PRZEGONIĆ TROLLA
Bezpośrednie spotkanie internetowego trolla i słowne z nim starcie może wywołać szok u co bardziej wrażliwych. Troll jest bowiem odporny na racjonalne argumenty, a działa poprzez wzburzenie oponentów, uniemożliwianie normalnej dyskusji, dezinformację i stosowanie inwektyw. Dyskusja z nim nie ma absolutnie żadnego sensu, a co mniej odporni mogą przypłacić ją rozstrojem nerwowym. Najłatwiej jest spotkać trolla na grupie dyskusyjnej, forach internetowych i w komentarzach pod artykułami prasowymi, ale potrafi on zaatakować również z prawdziwego bądź fałszywego konta na facebooku podszywając się pod znajomych znajomych. Kiedy zostaje zdemaskowany okazuje się, że nikt go tak naprawde nie znał, do znajomych dodał go ktoś przypadkiem, przez pomyłkę, albo na skutek krótkiej przypadkowej znajomości. Jestem skłonna przypuszczać, ze w „gorącym okresie” kampanii prezydenckiej czy parlamentarnej w każdej większej internetowej grupie, nawet jeśli ma charakter zamknięty – znajdzie się polityczny troll. Jest bardzo poważna szansa, ze ma go „wklejonego” ktoś z grupy znajomych na portalu społecznościowym. Jeśli jesteśmy regularnym użytkownikiem sieci spotkanie z płatnym trollem jest wcześniej, czy też później nieuniknione. Ważne jest jednak abyśmy umieli prawidłowo na niego zareagować, osłabić jego siłę rażenia i nie popaść w niepotrzebną frustrację.
Ataki trolli mają na celu indoktrynację, zmianę przekonań, poddanie w wątpliwość faktów, albo zaciemnienie prawdy. Istnieją jednak jednostki bardziej na nie narażone; są to typy generalnie bardziej podatne  na wszystkie nieuczciwe techniki wywierania wpływu. Podobnie jak i działaniom manipulacyjnym sekt, dezinformacji najłatwiej ulegają jednostki nieśmiałe, o zaniżonym poczuciu własnej wartości i małej odporności na stres. Należą do nich osoby o tzw. słabym autorytecie wewnętrznym, które bardziej niż na samych sobie polegają na innych, i w ich oczach szukają potwierdzenia. Podatni na wszelką manipulację są też ludzie o niskim poziomie wiedzy ponieważ  można im wmówić znacznie więcej, niż tym, którzy potrafią oprzeć się na swojej erudycji, skorzystać ze źródeł i porównać punkty widzenia. Również osoby o małym doświadczeniu życiowym, nie mając skali porównawczej ani doświadczeń do których mogliby się odwołać, częściej od innych ulegają dezinformacji, stąd trollom o wiele łatwiej jest „opętać” ludzi młodych, naiwnych i niedoświadczonych.

Kiedy więc uczestniczycie w dyskusjach, wymianie poglądów na portalach społecznościowych, na forach, czy też w grupach dyskusyjnych, decydujcie sami kiedy użyty został racjonalny argument, a kiedy macie do czynienia z celowym hejtem, dezinformacją lub oszustwem. Nie wahajcie się nazywać trolli po imieniu. Zarówno ci celowo starający się wprowadzić was w błąd, jak i ci, którzy zostali po prostu zmanipulowani, na ogół w takiej sytuacji wezmą nogi za pas. Nie można pozwolić się wciągnąć w żadną wojnę na argumenty, ani pozwolić unieść emocjom. Pamiętaj, że masz doczynienia z przeciwnikiem dużo lepiej od ciebie przygotowanym technicznie, psychologicznie, profesjonalistą nieangażującym się emocjonalnie wykonującym tylko swoje zadanie, a jego atak na ciebie nie jest personalny. Z moich doświadczeń wynika, że dobrze działa pogrożenie paragrafem 212 Kodeksu Karnego, mówiącym o pomówieniu. Na jego wspomnienie trolle na ogół zwijają manatki. Radosław Sikorski, faktycznie bowiem pozwał wydawców "Faktu" i "Pulsu Biznesu" za wpisy internetowe na ich forach. Warto też wiedzieć, ze osobie posługującej się w sieci nickiem (loginem), która została publicznie znieważona bądź oszkalowana, również przysługuje ochrona prawna, jeśli gotowa jest ona na ujawnienie swojej tożsamości. Potwierdzają to zarówno eksperci, jak i orzecznictwo sądowe.

Wygląda na to, iż trolling na stałe wpasował się do ogólnoświatowej kultury politycznej, i że owa profesja polegająca na uprawianiu płatnej nienawiści staje się równie popularna, jak najstarszy zawód świata. Miłość i nienawiść dwie przeciwstawne emocje, które najsilniej władają człowiekiem i które wydają się  najmniej skłonne poddaniu jego kontroli, można dziś bez trudu kupić za pieniądze. Warte zwrócenia uwagi jest, iż o ile instytucja płatnej miłości od zarania dziejów spotyka się w społeczeństwie z miażdżącym potępieniem praca w sektorze płatnej nienawiści została zaakceptowana bez większych oporów.